W środku Janusz Zawadzinski – na Ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży w Białymstoku (1975 rok). Fot. archiwum, (aw)
Były lata tłuste i chude, związane z wieloma zmianami – także ustrojowymi. W długiej działalności sekcji lekkoatletycznej najważniejsze stały się dwa wielkie wydarzenia sportowe. Wspomnienia dotyczące tego czasu dziś nikną w mroku niepamięci, ale wiele nazwisk nie zostało zapomnianych. Ich wkład w rozwój lekkiej atletyki w stolicy Borów jest nieoceniony.
Z racji jubileuszu tucholskiego klubu kontynuujemy cykl artykułów dotyczących historii poszczególnych sekcji. Lekkoatletyka, jako królowa sportu, była i jest obecna w borowiackim klubie. Bez względu na czasy – zawsze uprawiana. A że dzisiejsze możliwości, dostępność sprzętu czy obiektów różniły się od tych panujących choćby w latach 70. ubiegłego wieku, to inna sprawa.
– Nasz klub doczekał się wielu solidnych sportowców i trenerów, a wszystko wychodziło ze szkół. I do tego modelu zaczęliśmy wracać, by w momencie, gdy nastąpił kryzys, zyskać młodzież. Ale to już bardziej współczesne czasy
– mówi wieloletni prezes Tucholanki i były dyrektor tucholskiego OSiR-u Janusz Zawadzinski. – Sam, jako młody chłopak i Tucholanin z urodzenia, zaczynałem tu swoją karierę.
Na samym początku (lata 60. XX wieku) lekkoatletyką zajmowała się Rada Zrzeszenia Ludowych Zespołów Sportowych. Wówczas człowiekiem kierującym wszystkim był Jerzy Pakowski, ale de facto nie działo się to jeszcze w strukturach klubu. Od 1965 roku poczynaniami sportowców zajmował się Tadeusz Witek, który utworzył grupę lekkoatletów o nazwie "Bory Tuchola". Wówczas gwiazdą sportu, w pełnym tego słowa znaczeniu, była pochodząca z Wielkiego Mędromierza Irena Górska. Wspomina ją Edward Kuczkowski – zawodnik i trener, zasłużony człowiek dla tucholskiego sportu. W tym materiale opieramy się właśnie na relacjach i opowieściach wspomnianego Janusza Zawadzinskiego oraz Edwarda Kuczkowskiego.
– Irena była zawodniczką na najwyższym poziomie i reprezentowała nasz kraj w rzucie oszczepem – mówi Kuczkowski. – To był, o ile pamiętam, przełom lat 50 i 60. Brała udział w mistrzostwach Europy w Sztokholmie w roku 1958.
Wybitne osiągnięcia w minionym wieku miała też Bernadetta Blechacz trenująca w Tucholance. Mieszkała w Małym Mędromierzu. Była pięciokrotną mistrzynią Polski w rzucie oszczepem, ósma w mistrzostwach Europy i dziewiąta na igrzyskach olimpijskich w Moskwie (1980). Także Władysław Grochowski – jeden z pierwszych kierowników i szkoleniowiec – ukształtował dwóch dzisiejszych cennych trenerów: Leszka Walczaka (prowadzącego kadrę narodową oszczepników) oraz uznanego w świecie sportu Eugeniusza Różyckiego (rzut młotem).
Warto jeszcze wspomnieć Henryka Jankowskiego – czterokrotnego mistrza Polski w biegach długodystansowych (trzy razy na 3 km z przeszkodami i raz na 5 km). Dokonując skoku w czasie, dołączmy do tego zestawienia Piotra Pobłockiego, który jako uczeń Technikum Leśnego w Tucholi reprezentował miejscowy klub, został mistrzem Polski w maratonie, dwa razy wicemistrzem kraju, medalistą zawodów klasy Masters. Wszystko to w latach 90. Zawodnik był prowadzony przez Edwarda Kuczkowskiego.
W annałach sekcji lekkoatletycznej Tucholanki – już w formalnych strukturach klubu – pojawia się Mieczysław Cieślicki. To człowiek, który w latach 70. XX wieku objął trenerską opieką uzdolnionych sportowców. Były wśród nich m.in. Gabriela Brzozowska czy Renata Gromowska.
W tamtych latach Tuchola żyła siatkówką, a prezesem klubu był Henryk Krzywański. Z kolei kierownikiem sekcji LA Stanisław Wiśniewski i to na nim spoczęła główna odpowiedzialność za przygotowanie tucholskiej kadry na na igrzyska sportowców wiejskich w 1972 roku.
Działacze sekcji i cały tucholski klub zostali postawieni przed bardzo trudnym zadaniem – realizacją tego wielkiego wydarzenia. Wówczas decydowała o tym Rada Wojewódzka Zrzeszenia LZS w Bydgoszczy. Tuchola spełniała kryteria decydujące o wyborze jej na miejsce igrzysk. Trzeba było dysponować odpowiednią infrastrukturą sportową, zapleczem dla sportowców i to właśnie było atutem borowiackiego klubu.
– Wypadliśmy świetnie w oczach tzw. góry, czyli władz wojewódzkich – mówi Janusz Zawadzinski. – Wysokie notowania były jak najbardziej uzasadnione, bo organizacja igrzysk stała na wysokim poziome. Zaznaczmy, że wszystko przebiegało inaczej niż dziś. Nie było internetu, relacji na żywo, czy zdalnej łączności poza stacjonarnymi telefonami. Było to duże przedsięwzięcie, bo nie tylko lekkoatletyka gościła na igrzyskach. Kibicowano na przykład: łucznikom, zapaśnikom, ciężarowcom, kolarzom.
Solidna organizacja i prawidłowy przebieg igrzysk dały dowód, że ta dekada i lata nieco późniejsze były okresem obfitej, udanej działalności sekcji. Tuchola wygrała wówczas te igrzyska, ale była też najlepsza w późniejszych latach na tych zawodach. Pierwsze miejsce Borowiacy zajęli też m.in. w Mogilnie (1976) i Szubinie (1984 – tam po raz czwarty w rzędu).

W środku Janusz Zawadzinski – na Ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży w Białymstoku (1975 rok).

Najwyższy zawodnik w tej stawce to Janusz Zawadzinski. Tu podczas zawodów z innymi sportowcami spoza Tucholi.
Lekkoatletyka to sport indywidualny, w którym nie ma miejsca na inne osoby współtworzące sukces. Dlatego trzeba podnosić poprzeczkę wyżej, bo nie ma możliwości, by w trakcie startu ktoś mógł zastąpić zawodnika, zająć jego miejsce, uzupełnić lukę. To zdanie niejednego lekkoatlety i potwierdza je Janusz Zawadzinski. Wszystko związane jest z ustalaniem tzw. minimów, które mogą kwalifikować zawodnika do startów w prestiżowych zawodach o wyższe stawki sportowe.
– Można było wyjeżdżać na zawody będące mityngami lekkoatletycznymi, a takie często organizowano w Świeciu, Bydgoszczy czy Sępólnie Krajeńskim – opowiada Janusz Zawadzinski. - Mistrzostwa okręgu wymagały już jednak odpowiedniego poziomu, czyli zrobienia minimum.
Trenowano wówczas trzy razy w tygodniu, w poniedziałki, środy i piątki. Był zapał, regularne spotkania, plany. W zimie lekkoatleci spotykali się w ciasnej sali gimnastycznej na piętrze SP 2 w Tucholi. Sam obiekt Tucholanki, czyli stadion, miał nawierzchnię żużlową, były też rzutnie do oszczepu i dysku w miejscu obecnego boiska ze sztuczną nawierzchnią.
– Nie było łatwo ze sprzętem, takie mieliśmy czasy – wspomina były dyrektor OSiR-u. – Wówczas prawo pierwszeństwa miały utytułowane kluby, jak choćby Zawisza Bydgoszcz. Nam trafiało się to, co pozostało, a i z tego należało się cieszyć. Bywały buty za małe czy za duże, ale wyboru nie było. Problem ogólny też polegał na tym, że specyfika lekkiej atletyki skazuje zawodnika na korzystanie z różnego, mnogiego sprzętu w zależności od konkurencji. Sam byłem wieloboistą, więc wiem, jak zróżnicowany sprzęt musiał być w użyciu. Dziś nie ma z tym problemu.
Z racji wielu wspomnień i dużej galerii postaci, niedługo pojawi się dalszy ciąg zarysu historycznego sekcji lekkoatletycznej tucholskiego klubu. Niebawem druga część o tym, jak sekcja funkcjonowała w późniejszych latach XX wieku i jak działa współcześnie.
UWAGA! DRUGA CZĘŚĆ HISTORII SEKCJI LEKKOATLETYCZNEJ TUCHOLANKI I WIELOMA ARCHIWALNYMI ZDJĘCIAMI JEST W AKTUALNYM NUMERZE TYGODNIKA TUCHOLSKIEGO - TERAZ W SPRZEDAŻY.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu tygodnik.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz