Pojedynek Tucholan z Drwęcą zakończył się podziałem punktów. Na boisku wyraźnie było widać, że to sąsiedzi w ligowej tabeli. Obie drużyny zagrały podobnie i nie stworzyły przewagi na tyle dużej, by stanowiła o czyimś zwycięstwie. Zespoły miały swoje okazje strzeleckie, ale nie przesądziło to o atrakcyjności pojedynku. Zbyt dużo po obu stronach było chaosu.
Drwęca Golub-Dobrzyń - Tucholanka Tuchola 1:1 (0:0). Bramka: Orzechowski (48)
Tucholanka: Puppel, Rostankowski, Górecki, Materac (63 Donarski), Wojnerowicz (74 Rydzkowski), Grudzina, Galiński, Orzechowski (63 Misiak), Nitka (86 Figel), Giłka, Gerth (86 Krajna)
Mecz pod golubskim zamkiem ładnie wpisanym w tło stadionu nad Drwęcą toczył się w letniej pogodzie na tyle ciepłej, że sędzia zarządził "watergate" (tak oryginalnie określił ten moment meczu spiker), czyli w powszechnym rozumieniu przerwę na uzupełnienie płynów. To jednak w trakcie gry. Tymczasem w pierwszych kilku minutach meczu tucholanie dali się zamknąć na swojej połowie i Adrian Puppel strzegący borowiackiej bramki miał już od razu ręce pełne roboty. Swoją drogą ten młody chłopak zrobił świetne wrażenie między słupkami - w całym meczu wybronił kilka strzałów, w tym na swoją korzyść rozstrzygnął dwie okazje tzw. stuprocentowe Drwęcy. W 3 minucie piłka znalazła się blisko linii bramkowej Tucholan, ale właśnie bramkarz z Borów pewnie nakrył futbolówkę własnym ciałem i zażegnał niebezpieczeństwo. W tym czasie Golubianie mieli też trzy rzuty rożne.
Goście byli dobrze ustawieni w obronie, choć w 16 minucie mógł paść samobójczy gol, gdy piłka musnęła po ostrym dośrodkowaniu głowę tucholskiego obrońcy. Zmienił się lot piłki i ta trafiła w poprzeczkę. Obie strony próbowały strzałów z dystansu, ale nie stanowiły one jakiegokolwiek zagrożenia którejś z bramek. Najlepszą akcję miejscowi piłkarze stworzyli w 24 minucie. Kilka podań wystarczyło, by napastnik Drwęcy znalazł się oko w oko z Adrianem Puppelem. Ten świetnie obronił strzał z bliska. Szybcy i zrywni boczni pomocnicy gospodarzy wciąż stanowili zagrożenie. Pod bocznymi liniami toczyły się często pojedynki jeden na jeden. Po dwudziestu minutach gra się wyrównała i Drwęca straciła impet. Tucholanie starali się dużo spokojniej montować akcje, ale tylko jedna ich okazja była tak wyborna, że wszyscy wstrzymali oddech. W 44 minucie błąd bramkarza nieomal wykorzystał Mikołaj Galiński. Jego główka była bardzo precyzyjna, ale piłkę z linii bramkowej wybił obrońca.
Tucholanie wyszli bez zmian na drugą część meczu i ta rozpoczęła się dla nich jak spełnione marzenie. Po wyrzuceniu piłki z autu Jędrzej Orzechowski świetnie znalazł się przed bramkarzem i był ciut szybszy, dzięki czemu skierował piłkę do bramki. Tylko pięć minut cieszyli się z prowadzenia Borowiacy. Crossowe podanie między obrońców dało Drwęcy okazję do wyrównania.
Wkrótce spotkanie zaczęło się psuć przez częste przerwy w grze. Powodowały to liczne faule. Sędzia wskazał tez pierwsze żółte kartki w czystym do tego momentu meczu. Drwęca była groźna w stałych fragmentach gry. Adrian Puppel obronił taką sytuację p rzucie rożnym w 58 minucie - było naprawdę groźnie. Gra była daleka od ideału - twarda walka i przerywane, nieskładne często akcje nie rozpieszczały licznych kibiców, także z Tucholi. Czas płynął, a goli nie było już do końca meczu mimo doliczonych pięciu minut sporo przeciągniętych.
Akcja Tucholanki z 86 minuty porwała stadion. Ostre dośrodkowanie Grzegorza Rydzkowskiego trafiło niemal na głowę wiszącego już w powietrzu Juliusza Donarskiego. Ten centymetry minął się z futbolówką. Drwęca szukała swojej okazji, wyrzucając piłkę z autu jak najbliżej pola bramkowego Tucholan - "na młyn". Nic jednak nie zmieniło wyniku.
Zdobyty punkt trener Arkadiusz Gostomski określił jako ważny. Od poniedziałku natomiast, o ważne punkty będą walczyć piłkarze, ale poza boiskiem, bo podczas egzaminów maturalnych.
Trzeba oddzielnie poruszyć pewien meczowy aspekt, którego porządni kibice z Golubia-Dobrzynia powinni się wstydzić. Przez cały mecz, szczególnie w pierwszej połowie, grupa młodocianych, niepełnoletnich ludzi (jedno ze zdjęć w galerii pokazuje, jak młodzi są to - nazwijmy ich umownie - kibice) kierowała w stronę Tucholan wulgarne, obraźliwe przyśpiewki i skandowała hasła nienadające się do cytowania. Jest coś, co jeszcze bardziej przeraża - obok tych "aktywnych" ludzi siedziały całe rodziny, które nie reagowały na takie zachowanie, jakby stanowiło ono jakiś chory standard.
Spiker też zdumiał wszystkich poruszonych chamstwem jednego sektora. Dwa razy w meczu upominał, by grupa kibicowała kulturalnie, bez wulgaryzmów, by nie dawała złego świadectwa o sobie. Po całym meczu jednak wszyscy nie wierzyli własnym uszom, bo ten sam człowiek przez mikrofon podziękował aktywnej grupie za dzielne kibicowanie i świetne wsparcie piłkarzy. Gdzie tu sens, gdzie konsekwencja, gdzie logika? Pozostały poczucie żenady i niesmak, który długo będzie odczuwany. O ile sami działacze, piłkarze Drwęcy nie zasłużyli na słowa krytyki, tak wrzeszcząca wulgarnie grupa wyrostków przy cichej akceptacji dorosłych na trybunach na pewno nosi znamiona skandalu.
::photoreport{"type":"check-for-article","item":"5516"}
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu tygodnik.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz