Zamknij

Mistrz świata nad zdrowiem pracował w Borach Tucholskich

11:09, 12.02.2021 | (red.) fot. TVP
Skomentuj
REKLAMA

Marek Piotrowski ma problemy ze zdrowiem, stąd też jego obecność w Borach Tucholskim, w znanym ośrodku "Neuron" w Małym Gacnie. "Tygodnikowi Tucholskiemu" udało się przeprowadzić z nim wywiad. Wiele ma do przekazania młodym ludziom, wspomina też czasy sławy i chwały, gdy nie tylko za oceanem potwierdzał swoją klasę. Oficjalnie w kick-boxingu wygrał 42 walki, przegrał 2. Jest zdobywcą mistrzowskich pasów najważniejszych federacji. Zawodową karierę zakończył w 1995 roku.

„Tygodnik Tucholski”: Pański pobyt w Borach. Czy to pierwszy raz? Pytanie niekoniecznie związane jest z pobytem w ośrodku rehabilitacyjnym.

Marek Piotrowski: Po raz drugi przebywam na tym terenie, w dodatku w ośrodku „Neuron”. Nigdy przed rehabilitacją nie miałem okazji tu być.

 Dlaczego kick-boxing? Co zadecydowało o wyborze tej dyscypliny?

 Już jako młodego chłopca interesowały mnie sztuki walki. Ta fascynacja pogłębiała się w każdym dniu i przełom nastąpił w 1978 roku, gdy mama zapisała dwóch moich braci i mnie na kursy jiu-jitsu. Po zaznajomieniu się w tą sztuką walki zostaliśmy dwaj z rodzeństwa – ja i młodszy brat. Wybraliśmy w dalszym etapie karate kyokushin. Ostatecznie ja okazałem się z naszej trójki najbardziej wytrwały. Odkryłem piękno wschodnich sztuk walki. Karate kyokushin stało się pierwszym moim wielkim wyborem na całe lata. Dzięki temu po raz pierwszy poznałem smak  triumfów – zostałem w 1984 roku mistrzem Polski juniorów, rok później byłem najlepszy w kraju w kategorii seniorów. Formuła full contact spełniała moje oczekiwania i dawała największą radość. Tu widziałem wielkie szanse i świetną drogę rozwoju dla siebie jako młodego, ciągle poszukującego człowieka. Pierwsze odważne kroki w tej kwestii stawiałem pod kierunkiem trenera Andrzeja Palacza. Pamiętam, że to była sala Politechniki Warszawskiej, gdzie trenowali inni kickbokserzy. Myślę, że w tym momencie zaczęła się moja wielka przygoda ze sportem.

 Którą walkę w swej bogatej karierze wspomina pan najchętniej, która najbardziej zapadła w pamięć? Dlaczego?

Trudno mi teraz wybrać jedną walkę, którą stawiałbym ponad innymi; było ich dużo i nie chciałbym jednej stawiać nad inną, skoro moje odczucia wobec nich są jak najbardziej pozytywne. Najbardziej ciepło chyba wspominam walkę w Hollywood Palladium, w Kalifornii. Ekscytujące miejsce, klimat wielkiego świata, gwiazdy ekranu na trybunach, przy ringu i przede wszystkim mój perfekcyjny występ.  

 Jakich predyspozycji wymaga kick-boxing? Czy są jakieś przeciwwskazania?

 Kick-boxing to dyscyplina, której nie sposób ująć w jednej kategorii, jakiejś jedynej kwestii. Ten sport ma wiele wymiarów, różne formy. Można by potocznie rzec: te lżejsze i bardziej brutalne. Można tę złożoność odnieść do choćby gimnastyki, pływania czy lekkiej atletyki – tu też są różne formy uprawiania tych dyscyplin. W sporcie, o którym mówimy, większą lub mniejszą uwagę zwraca się na: siłę, refleks, szybkość, wytrzymałość. Dbałość i koncentrowanie się na tych aspektach na pewno ma decydujące znaczenie.

 Jak pan wspomina karierę w USA? Czy uznaje pan pobyt tam za najlepszy w życiu? Jak to wygląda z perspektywy czasu?

Gdy wyjechałem za ocean, miałem 24 lata. Pobyt w Ameryce uznaję za czas nie tylko sportowego rozwoju i sukcesów; dojrzałem też tam jako człowiek – wewnętrznie. Był to długi proces trwający grubo ponad trzynaście lat, bo tyle czasu spędziłem z dala od domu. Dziś uważam, że był to najlepszy ruch, jaki mogłem wówczas wykonać, by – mówiąc wprost – spełnić marzenia. Nie było jednak tylko różowo, był to okres naznaczony tęsknotą, cierpieniem, determinacją, pracą. 

Jakie emocje towarzyszą wejściu na ring? Od czego zależą?

Odczucia przy wyjściu do walki mogą być skrajnie różne. Od ekscytacji i maksymalnego pobudzenia po obawy, wątpliwości, nawet lęk. Decydują o tym: stawka walki, własne samopoczucie, wartość rywala. Wiele siedzi w głowie, bo psychika odgrywa tu kolosalną rolę. Ona wyznacza w głównej mierze motywację. Oczywiście nie bez znaczenia jest też przygotowanie fizyczne i techniczne.

 Czy pozostał sentyment do sportów walki? Ogląda pan relacje TV, kibicuje?

Podkreślam, że sporty walki ukształtowały mnie jako człowieka. Pozostały ze mną do dziś. Do obecnych dni pozostaję aktywny i ciągle trenuję. Rzecz jasna, nie będę już zawodnikiem, ale ciągle poświęcam dużo czasu na trening, który sprawia mi wielką radość. Znajduję czas na śledzenie światowej areny walki w różnych dziedzinach.

Był pan też bokserem, trenował karate kyokushin. Czy traktuje pan te sporty równorzędnie, czy jednak któryś z nich jest dla pana najważniejszy, wiodący, dający najwięcej radości i spełnienia?

Nie faworyzuję wyłącznie jednej dyscypliny. Moją uwagę przyciąga wiele wydarzeń, które są medialne i mają wysoką stawkę. Bardzo uważnie na przykład śledziłem i kibicowałem Joannie Jędrzejczyk. Dopinguję polskich bokserów. Wiem, że nie same umiejętności sportowe pretendują zawodnika do walki o tytuł. Ważna jest operatywność menadżerska. Uważam, że każda z uprawianych przeze mnie dyscyplin wniosła coś do mojego osobowego rozwoju. Mówię często o sobie, że jestem artystą sztuk walki. Innymi słowy, to sporty - sztuki walki wpłynęły na ukształtowanie mojej osobowości. Znam wartość pracy, którą włożyłem, żeby dojść do miejsca, w którym jestem. Nie żałuję niczego. Jestem też zdeklarowanym chrześcijaninem i gorącym patriotą. Stanowi to moją wewnętrzną siłę.

 Jest pan idolem. Czy ma pan własnych idoli? Jakie sporty pan lubi i ceni, śledzi czy ogląda?

 Trudno w moim wieku wskazać idola. W końcu jestem sportowym emerytem. W czasach mojej aktywnej działalności sportowej spotykałem wielu wielkich ludzi. Ceniłem ich, szanowałem. Niekoniecznie uprawiali sporty walki. Jako przykład mogę podać biegacza Bronisława Malinowskiego. Był wzorem progresu w sporcie. Nie zaskoczę - w telewizji  oglądam sporty walki. Ponadto lubię dyscypliny drużynowe – piłkę ręczną, siatkówkę, również lekką atletykę. Nie jestem wielkim kibicem piłki nożnej, ale bywa, że siadam przed telewizorem nie tylko podczas meczów kadry narodowej.

 Wielu młodych ludzi ceni pana jako sportowca. Są oni na początku kariery, stoi przed nimi wiele wyborów. Jakie słowa może do nich skierować tak utytułowany i doświadczony sportowiec?

Pamiętajcie: najważniejsze są pasja i miłość do tego, co robicie. Na drugim miejscu są pieniądze, bo to one zapewniają byt wam i rodzinie. Na trzecim jest sława, która niejako wynika z realizacji dwóch poprzednich punktów. Jest źle, jeśli zmieni się tę kolejność.

Został pan uhonorowany Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski za osiągnięcia sportowe i pracę społeczną. Na czym ta praca polega?

 Prowadziłem zajęcia z młodzieżą, która miała na swoim koncie różnego rodzaju konflikty. Podjęte działania pozwoliły młodym ludziom znaleźć własną drogę, zaznać szeroko rozumianego spokoju, wyjść na prostą. Takie mam też plany na najbliższy rok – zrobić wszystko dla polepszenia stanu zdrowia oraz kontynuować pracę edukacyjną, pomoc innym. Jest w tym wielki sens.

 

Najważniejsza walka Marka

O Marku Piotrowskim głośno zrobiło się znów w ubiegłym roku, gdy media lokalne, np. "Tygodnik Siedlecki" wydawany blisko miejsca zamieszkania ww. sportowca czy ogólnopolskie (największe serwisy sportowe w kraju) pisały o aktualnej "najważniejszej walce życia Marka". Nie chodzi tu o pojedynek czysto sportowy, a o walkę o zdrowie, bo były sportowiec boryka się z problemami wynikającymi z kwestii neurologicznych. Na rzecz Piotrowskiego prowadzone są akcje charytatywne. Szczegóły można znaleźć np. na stronach internetowych Fundacji Silny Oddech lub siepomaga.pl, wpisując jego nazwisko. (pp)

 

((red.) fot. TVP)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

0%