Zamknij

Pożar po piorunie - Efekty potężnej burzy ZDJĘCIA

Tekst i fot. Piotr Paterski 16:18, 28.07.2014 Aktualizacja: 00:38, 26.10.2025
Skomentuj

Nad powiatem przeszła ogromna burza. Wydaje się, że powoli dobiega końca. Jednak pozostawiła po sobie fatalne skutki. W gminie Kęsowo piorun uderzył w budynek gospodarczy. Załamani ludzie stracili część trzody chlewnej.

Burza zaczęła nabierać sił wczesnymi godzinami popołudniowymi. Wtedy najgroźniej wyglądała w gminach Gostycyn i Kęsowo, częściowo też w Tucholi. W pierwszej dochodziło do zdarzeń drogowych - z resztą drogi momentami nie były tam przejezdne (o tych zdarzeniach poinformujemy osobno).

Najpoważniejszy dotarł z gminy Kęsowo. W Drożdzienicy piorun uderzył w budynek, w którym znajdowała się trzoda chlewna z tamtejszego gospodarstwa. Na miejscu ratowało sytuację kilkudziesięciu strażaków (wielu z nich jeszcze tam pracuje), ale bardzo pomagali tamtejsi mieszkańcy, sąsiedzi.

Dodajmy, że dojazd do gospodarstwa stawał się coraz trudniejszy. W końcu doszło do sytuacji aż nieprawdopodobnej. Jeden z potężnych wozów strażackich jadąc do pomocy, przewrócił się, a właściwie spadł z drogi w taki sposób, że prawie skończył na dachu!

Poniżej artykuł z 31 numeru Tygodnika Tucholskiego:

Spaliłoby nas całych... Strach myśleć

– Skończ, bo zostaniesz tu ze świniami! – krzyczał szwagier do pana Tomka, gdy ten ratował, co się dało. W stodołę uderzył piorun, zaczął się pożar. Rodzina Połetków w poniedziałek przeżyła prawdziwy horror.

W ponad połowie powiatu kompletna cisza, trochę zachmurzone niebo. Dokładnie w tym samym momencie w dwóch gminach burzowe szaleństwo, które nawet zahaczało o samą Tucholę, ale tylko o jej... połowę. Tak wyglądał poniedziałek. Najpierw „Tygodnik” wyruszał w teren na kraksę autobusu ze spadającym drzewem. Chwilę później jechaliśmy już na pożar do Drożdzienicy w gminie Kęsowo. Jeszcze nie mając konkretnej wiedzy, zakładaliśmy, że spowodowało go uderzenie pioruna. Nie pomyliliśmy się. Gospodarstwo znajdowało się między drzewami, ale w głębi pól. Sam dojazd przez kompletnie zalane ulewą (która później miała okazać się zbawienna) drogi, okazał się bardzo trudny. Na tyle trudny, że później nie dał rady pędzący, ciężki wóz strażacki z Kamienia Kraj., który po prostu się... przewrócił i prawie dachował! Strażaków za ten wypadek nie ma co obwiniać – na polnej drodze było już naprawdę źle.

Wpadłem do środka. Poddasze było w ogniu

– To był wielki huk, a cała rodzina widziała właśnie ten piorun. Wcale nie był taki, jak się widzi często, to nie były takie długie „kreski”. Ten był bardzo krótki. Kiedy trzepnął, zrobił się czerwony, powstała kula ognia. My wszyscy to widzieliśmy, bo akurat siedzieliśmy w kuchni przy kawie i mieliśmy idealny widok na stodołę. Byliśmy w domu, a nie w polu na żniwach, bo padało. Gdy piorun uderzył, najpierw myślałem, że trafił w maszyny rolnicze za stodołą. Dopiero po chwili zauważyłem, że nie widzę już drobnego deszczu, a unoszący się dym. Wybiegłem – takiej opowieści słuchaliśmy od młodego rolnika Tomasza Połetka i jego rodziny – mieszka tam razem 7 osób. Opowiadają, jak zaczęli dzwonić na straż pożarną. Atmosfera była bardzo nerwowa. Co robił pan Tomek? Zaczął ratować. W tej stodole znajdowało się aż 60 świń, które za chwilę mogły się struć, nawet spalić.

– Wpadłem do środka, zacząłem je wyprowadzać. Poddasze było już w ogniu. Otworzyłem wrota. Udało się wyprowadzić ciągnik, inny sprzęt. Dużo jednak zostało, na to już nie można było nic poradzić, ale świń udało się uratować sporo. Chociaż wiele ucierpiało, miały nawet połamane nogi – relacjonuje mężczyzna.

– Sam wyprowadził ich chyba z 50! – dodaje jego mama, która o całym wydarzeniu opowiada nam równie dużo, co syn.

Skończ, bo tu już zostaniesz ze świniami!

Pan Tomek ucierpiał, ale zauważył to dopiero, gdy sytuacja zaczęła się uspokajać – trzoda była wyprowadzona, sprzęt też, strażacy intensywnie dogaszali, adrenalina mu zeszła. Poczuł, że jest poparzony (ręka i stopa, drugiego stopnia). Pobiegł do strażaków z Kęsowa, ci go opatrzyli. Później ktoś wezwał karetkę – pan Tomek nawet nie wie, kto. Z nogą zawiniętą w reklamówkę – żeby do rany nic się nie dostało – poszedł pół kilometra do karetki, która dojeżdżała asfaltem. Drogą polną mogłaby już nie dojechać. Te rany to i tak pestka, bo mogło być dużo gorzej. Kiedy wyprowadzał świnie, części dachu zaczęły mu powoli sypać się na plecy, na głowę. Przez emocje nie zwracał na to uwagi.

– Szwagier mnie odciągał. Krzyczał: „Skończ, bo tu już zostaniesz ze świniami!” – opowiada gospodarz.

Pan Tomek to strażak – Nigdy nie myślałem, że coś takiego przytrafi się mnie

Połetkowie wspominają, że straż dojeżdżała szybko. Po kolei Drożdzienica, Kęsowo, Tuchola, dalej Gostycyn i ci pechowcy z Kamienia, którym zabrakło około 200 metrów. Zresztą pan Tomek sam jest... strażakiem ochotnikiem. Teraz koledzy ratowali jego i rodzinę.

– Tyle razy byłem na wypadkach i pożarach. Nigdy nie myślałem, że coś takiego przytrafi się mnie – z niedowierzaniem kręci głową mężczyzna. Zgodnie z całą rodziną za chwilę zaznacza: – Gdyby nie pomoc wszystkich innych, byłoby dużo gorzej. A pomagali sąsiedzi, przybiegali okoliczni mieszkańcy, mimo że mieli daleko. Pomagała rodzina, ludzi z okolicy było niewielu mniej, niż samych strażaków.

– To jest niezwykłe. Ja nawet niektórych osób w ogóle nie znałem! Nie wiem, skąd się wzięli, a oni biegali tu, chcieli pomagać i ratować – nie ukrywa podziwu pan Tomek. Za pośrednictwem „Tygodnika Tucholskiego” właśnie tym ludziom Połetkowie bardzo dziękują, strażakom oczywiście też. Dziękują też rodzinie nie tylko za akcję, ale też za to, że przyjęła na ten trudny okres ich trzodę.

Spaliłoby nas całych... Strach myśleć

Dzień po pożarze, gdy u nich gościliśmy, byli już spokojni. Ale jednego nie chcą nawet sobie wyobrazić.

– Myśmy akurat wszyscy byli w domu. Szczęśliwie zobaczyliśmy piorun, widzieliśmy prawie od razu, co się dzieje. A gdyby nas nie było, a gdybyśmy tego nie widzieli i wszystko trwałoby dłużej? Wie pan, że od razu obok jest drewniana stodoła z sianem po sam sufit? A potem za chwilę nasz dom? Przecież to zajęłoby się momentalnie. Spalilibyśmy się cali... Strach myśleć. Szczęście w nieszczęściu. Dobrze, że przy okazji była ta ulewa i gasiła. Bo co, gdyby nie deszcz? – ostatni raz niepokoją się Połetkowie.

Straż o pożarze

Na miejsce zaczęły docierać pierwsze zastępy strażackie, gdy z dachu spadały już palące się kawałki drewna. Mimo sporego zagrożenia dowodzący akcją podjął decyzję, że jest jeszcze możliwość wyprowadzenia ze stodoły pozostałych zwierząt. Znakomita większość została ocalona. Jedynie trzy lub cztery sztuki zdradzały objawy zatrucia się dymem.

Jednocześnie trwały już działania gaśnicze. Strażacy skupili się na tym, by zapobiec przeniesieniu się ognia na sąsiednie budynki i to się udało.

– Część budynku, która się paliła, nadaje się tylko do rozbiórki ze względu na nagrzanie się ścian. Na całości wymienić trzeba będzie spaloną więźbę dachową, ale pozostałe zabudowania nie ucierpiały – mówi Krzysztof Łangowski, dowódca Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej w Tucholi.

(Tekst i fot. Piotr Paterski)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
Nie przegap żadnego newsa, zaobserwuj nas na
GOOGLE NEWS
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu tygodnik.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

0%