Tygodnik Tucholski interweniował i poświęcił w lutym dwa duże artykuły potężnemu problemowi zbieractwa, którego efekty dawały się we znaki mieszkańcom spółdzielni na ul. Cegielnianej. W mieszkaniu zastawionym po sufit zbieranymi przez lata ubraniami i innymi materiałami, doszło do awarii i częściowego zalania. Gdy o tym pisaliśmy, pilną kontrolę przeprowadził sanepid, której wyniki nie pozostawiały złudzeń. Ciąg wydarzeń sprawił, że dziś - piątek 27 lutego - trwała akcja wywożenia zgromadzonych rzeczy - w tonach. To historia, która może mieć już nawet 25 lat i jest efektem zbieractwa. Mamy do czynienia z przełomem, którego do tej pory nie było.
Zbieractwo to nie widzimisię czy bałaganiarstwo osoby, która go dokonuje. To zaburzenie, które jest diagnozowane i wymaga pomocy specjalistów. Jak przestawiają media z dziedziny psychologii, chodzi tu o "gromadzenie, a następnie bezskuteczne sortowanie i porządkowanie nagromadzonych przedmiotów, to przyczyny narastającego zagracenia przestrzeni i pomieszczeń mieszkalnych. Syllogomania [zbieractwo] to zachowanie, które prowadzi do spadku jakości życia oraz szkód emocjonalnych, fizycznych, prawnych, społecznych i materialnych. Obejmują one zarówno chorego, jak i pozostałych członków rodziny."
Na leczenie zbieractwa składają się psychoterapia i farmakologia. Osoby, które na nie cierpią, często nie zdają sobie sprawy z tego, co się dzieje. Są bardzo przywiązane do prywatnej własności, którą gromadzą. Bezwzględnie potrzebują fachowej pomocy. Temat zbieractwa jest bliski sanepidowi. Jego poszczególne jednostki publikują w internecie informacje, jak je rozpoznawać, a także tłumaczą, jak powinno wyglądać leczenie.
Międzyzakładowa Spółdzielnia Mieszkaniowa z problemami wynikającymi ze zbieractwa boryka się w przypadku jednego z mieszkań na ulicy Cegielnianej. Wielokrotnie pochodziła do prób jego rozwiązania, poprzez liczne rozmowy z właścicielką mieszkania, wymianę dziesiątek pism z różnymi instytucjami. Bezskutecznie. Czarę goryczy przelała awaria zakręconego grzejnika w tymże mieszkaniu podczas tegorocznej mroźnej zimy. W jej wyniku zalało mieszkanie i jedną z piwnic. Aby usunąć awarię trzeba było utorować drogę do grzejnika z ton zbieranych tu w paczki ubrań i innych materiałów... Ich drobna część została wyniesiona przez blok.
JEDEN Z MIESZKAŃCÓW POPROSIŁ WÓWCZAS O INTERWENCJĘ "TYGODNIK TUCHOLSKI". Podjęliśmy się z niej. Dwa artykuły z lutowych numerów Tygodnika udostępniamy PONIŻEJ W CAŁOŚCI. Mieszkańcy i zarząd spółdzielni bali się o bezpieczeństwo sanitarne, budowlane i pożarowe. Jak wynikało z kontroli sanepidu, obawy były jak najbardziej uzasadnione.
Jednocześnie w bieżącym tygodniu kontaktowaliśmy się z Ośrodkiem Pomocy Społecznej i burmistrzem Tucholi Tadeuszem Kowalski, który zapowiedział, że gmina pochyli się nad problemem.
Dziś już wiemy, że - przy zaangażowaniu Przedsiębiorstwa Komunalnego w Tucholi - rozpoczął się wywóz ton zebranych tu ubrań i innych tekstyliów. Doszło do spotkania z udziałem przedstawicieli gminy. Wszystkie strony zgodziły się z tym, że problem należy rozwiązać jak najszybciej. Zwłaszcza, po druzgocących wynikach kontroli sanepidu.
"Tygodnik" obserwował dziś trwający wywóz odpadów. Jeszcze nie wiadomo było, ile transportów będzie potrzebnych. Niepewne do oszacowania były koszty. TEMAT BĘDZIEMY KONTYNUOWAĆ W NAJBLIŻSZYM NUMERZE - 5 MARCA.
Dotychczasowe artykuły Tygodnika Tucholskiego w sprawie zbieractwa na ul. Cegielnianej:
Zarząd spółdzielni i mieszkaniec bloku, który zgłosił się do Tygodnika, obawiają się, że w końcu wydarzy się coś złego. Są przekonani, że sobotnia awaria to sytuacja, po której powinna włączyć się lampka ostrzegawcza. Cała historia trwa ponad 20 lat. W sobotę w jednym z mieszkań pękł zakręcony grzejnik. Aby do niego się dostać, najpierw trzeba było utorować dojście w stercie ubrań zebranych w całym mieszkaniu pod sam sufit. Spółdzielnia śle pisma i prośby o interwencje do wszelkich możliwych instytucji.
W sobotę doszło do awarii w jednym z mieszkań w bloku należącym do Międzyzakładowej Spółdzielni Mieszkaniowej, której siedziba mieści się na ul. Cegielnianej w Tucholi. Pękniecie zakręconego grzejnika skończyło się zalaniem części mieszkania na parterze i piwnicy pod nim. Jak słyszymy od prezeski spółdzielni Lucyny Rzeszotarskiej, usuwanie awarii trwało długo. W całym pionie na jeden dzień zostało musiało zostać wyłączone ogrzewanie. Pion to pięć mieszkań.
- Mieszkańcy byli wobec nas i tej interwencji wyrozumiali. Zrozumieli, że nie było innego wyjścia, bo znają całą historię... - tłumaczy szefowa zarządu tej mniejszej, tucholskiej spółdzielni mieszkaniowej.
Właściciel piwnicy, mieszkaniec jednego z wyższych pięter bloku, opowiada nam, że woda ciekła po ścianach i z sufitu. Udostępnia nam do publikacji zdjęcia. To także on prosi Tygodnik o interwencję i podjęcie tematu z długą historią. Mężczyzna przyznaje, że w piwnicy zalaniu uległ przechowywany sprzęt elektroniczny. Nie ta kwestia jest teraz najważniejsza. Większe znaczenie ma obawa przed potencjalnymi, kolejnymi incydentami, które - jak słyszymy - mogłyby na wszystkich mieszkańców klatki i bloku sprowadzić niebezpieczeństwo.
Prezeska Lucyna Rzeszotarska relacjonuje Tygodnikowi, że w celu usunięcia awarii w mieszkaniu trzeba było udrożnić dojście do grzejnika. Na przeszkodzie stały sterty zgromadzonych w nim ubrań. W tym momencie niewielka część rzeczy leży pod ścianą bloku. Szefowa MSM tłumaczy, że zebrane w mieszkaniu ubrania i inne przedmioty, najczęściej tekstylia, sięgają pod sam sufit i jest tak praktycznie w każdym pomieszczeniu.
- Właścicielka mieszkania zobowiązała się do poniesienia kosztów naprawy w mieszkaniu - informuje Lucyna Rzeszotarska. W weekend prezeska nadzorowała usuwanie awarii. Dopilnowała, aby mieszkanka umożliwiła dostęp do grzejników. Okazało się, że te były zakręcone. Jak słyszymy, nie po raz pierwszy. Jednak tym razem w końcu doszło do awarii. Szefowa spółdzielni korzystając z okazji nie nakłaniała właścicielkę do usunięcia zgromadzonych w ogromnej ilości ubrań. Miała usłyszeć w odpowiedzi, że zajmie się tym.
W tym tygodniu MSM wysłała pisma do Powiatowego Inspektora Sanitarnego w Tucholi i Powiatowego Inspektora Nadzoru Budowlanego.
"Lokal o powierzchni ok. 65 m2 jest zajmowany przez właścicielkę prowadzącą skrajne zbieractwo. Mieszkanie jest całkowicie zapełnione przedmiotami i odpadami w ilościach uniemożliwiających swobodne poruszanie się oraz dostęp do instalacji budynku. Stan ten od dłuższego czasu utrudnia prowadzenie przeglądów technicznych i usuwanie awarii. (...)" - czytamy w jednym z pism. W drugim zarząd spółdzielni zwraca uwagę, że tak ogromna ilość przedmiotów, w dużej mierze tekstyliów, uniemożliwia utrzymanie czystości i warunków higienicznych. Na klatce schodowej w okolicach drzwi można odczuć nieprzyjemny zapach.
- W aktualnej sytuacji dochodzi fakt, że zarówno mieszkanie, jak i gromadzone w nim rzeczy zostały zalane wodą. Obawiamy się, jaki może być tego skutek. Rzeczy te mogą zacząć gnić. Zwiększył się także ich ciężar. Te rzeczy są w całym mieszkaniu, pod sam sufit - mówi Lucyna Rzeszotarska. W piśmie do nadzoru budowlanego alarmuje i twierdzi, że "nagromadzenie bardzo dużej ilości nasiąkniętych wodą rzeczy powoduje znaczne, miejscowe przeciążenie stropu i podłogi". Albo też, że "istnieje ryzyko uszkodzenia elementów konstrukcyjnych, a w skrajnym przypadku zarwania podłogi i i dalszych zalań budynku".
Rzecznik prasowy Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej potwierdza, że powiatowa jednostka w Tucholi otrzymała pismo ze spółdzielni we wtorek, a następnie właśnie na środę (11 lutego) zaplanowano niezwłoczną kontrolę. Odbywa się prawdopodobnie w momencie oddania bieżącego numeru Tygodnika do druku.
- Dzisiaj pracownicy Państwowej Inspekcji Sanitarnej udają się na kontrolę do lokalu. W trakcie czynności ocenią, czy stan sanitarno-higieniczny lokalu nie stanowi zagrożenia dla lokatorów, a w szczególności mieszkańców bezpośrednio sąsiadujących - informuje nas rzecznik Łukasz Betański.
Nadzór budowlany pełni funkcję kontrolną i sprawdza stan techniczny budynku w oparciu o przepisy budowlane wynikające z Prawa Budowlanego. Jego art. 62 wskazuje, jakie kontrole powinien samodzielnie wykonywać zarządca budynku. W tym przypadku jest to spółdzielnia. Są kontrole roczne i pięcioletnie, od kominiarza po gazownika.
- Takie przeglądy i kontrole zostały wykonane w budynku, w tym we wskazanym mieszkaniu. Pomimo tego, że w tym lokalu znajdują się zgromadzone materiały, protokoły sporządzone przez osoby posiadające odpowiednie uprawnienia nie stwierdzają nieprawidłowości w zakresie wykonanych kontroli czy przeglądów - zwraca uwagę inspektor Marcin ....
Dodaje, że ostatecznie lokal na potrzeby przeprowadzenia danych kontroli był udostępniany przez właścicielkę mieszkania. Kolejny przegląd ma dotyczyć elektryki. W tym przypadku niezbędny będzie dostęp do wszystkich gniazdek. Teraz jest obowiązujący protokół elektryczny.
Przedstawiciel PINB nadmienia, że nadzór nie może interesować się problemem zbieractwa, bo mamy tu do czynienia ze sprawą typowo cywilną. Inspektor podkreśla, że co prawda doszło do awarii w systemie grzewczym, ale nie ma mowy tutaj np. o jakimkolwiek wybuchu czy innej sytuacji grożącej katastrofą budowlaną. A to wówczas PINB jako organ nadzorczy mógłby podjąć stosowne kroki.
- Jeśli po awarii, która została już naprawiona, zarządca twierdzi, że stan budynku zagraża mieszkańcom, powinien zlecić podmiotowi z uprawnieniami przeprowadzenie ponownej kontroli. Jeśli taka osoba stwierdziłaby nieprawidłowości, protokół powinien trafić do nas. Wówczas PINB mógłby przeprowadzić swoją kontrolę - wyjaśnia inspektor.
Temat i w bloku i na osiedlu nie jest nowością i zaskoczeniem. Inni mieszkańcy i zmieniający się na przestrzeni lat zarząd spółdzielni interweniują od lat. Długoletni lokator, który zgłosił się do redakcji, wspomina, że niepokojące sygnały zauważył już pod koniec lat 90-tych. Problem długo i systematycznie narastał. Nasi rozmówcy, tak samo jak zarząd spółdzielni, tłumaczą, że próbowali dyskusji, perswazji i próśb w stosunku do właścicielki mieszkania, ale na nic się to nie dało. W odpowiedzi mieli słyszeć np., że chodzi tu o własność prywatną. Prezeska spółdzielni ma teczkę z pismami do przeróżnych instytucji i odpowiedziami, która sięga 2019 roku. Ale to tylko te najświeższe dokumenty. Aktualnie zarząd wymienia nawet pisma z Prokuraturą Okręgową w Bydgoszczy, by sprawa trafiła do sądu. Ma nadzieję, że w końcu efektem będzie opróżnienie mieszkania z zalegających rzeczy, a co za tym idzie stwierdzenie czy jest ono bezpieczne dla zdrowia i życia samej zainteresowanej, a przy okazji sąsiadów. Spółdzielnia aktualnie boi się efektów zawilgocenia gromadzonych materiału. Wyłączając tę konkretną sytuację, obawia się też pożaru. Podzielają je niektórzy mieszkańcy, których akurat spotkaliśmy pod blokiem.
We wtorek (10 lutego) dzwoniliśmy i pukaliśmy do drzwi mieszkania. Nikt nie otwierał. Podobnie było po południu, ale udało nam się do dodzwonić do właścicielki. Gdy próbowaliśmy umówić się na rozmowę, odmawiała tłumacząc się obowiązkami. Podobnie było, gdy proponowaliśmy rozmowę w środę do południa. Wyjaśnialiśmy, że zależy nam, aby odniosła się do problemu, który nie dotyczy wyłącznie jej, ale samej spółdzielni mieszkaniowej i jej mieszkańców. Kobieta krótko odparła nam jednak, że cierpi na zbieractwo i je leczy. Na ponowną prośbę o dłuższą rozmowę, odpowiedziała, że do nas oddzwoni, co już się nie wydarzyło. W środę rano (11 lutego) znów próbowaliśmy dotrzeć do mieszkanki, nie mieliśmy szczęścia. Za każdym razem, gdy byliśmy na klatce i pukaliśmy, słychać było zza drzwi szczekanie psa, najprawdopodobniej małego. Ten fakt również niepokoi zarząd spółdzielni.
Zbieractwo to nie widzimisię czy bałaganiarstwo osoby, która go dokonuje. To zaburzenie, które jest diagnozowane i wymaga pomocy specjalistów. Jak przestawiają media z dziedziny psychologii, chodzi tu o "gromadzenie, a następnie bezskuteczne sortowanie i porządkowanie nagromadzonych przedmiotów, to przyczyny narastającego zagracenia przestrzeni i pomieszczeń mieszkalnych. Syllogomania [zbieractwo] to zachowanie, które prowadzi do spadku jakości życia oraz szkód emocjonalnych, fizycznych, prawnych, społecznych i materialnych. Obejmują one zarówno chorego, jak i pozostałych członków rodziny."
Na leczenie zbieractwa składają się psychoterapia i farmakologia. Osoby, które na nie cierpią, często nie zdają sobie sprawy z tego, co się dzieje. Są bardzo przywiązane do prywatnej własności, którą gromadzą. Bezwzględnie potrzebują fachowej pomocy. Temat zbieractwa jest bliski sanepidowi. Jego poszczególne jednostki publikują w internecie informacje, jak je rozpoznawać, a także tłumaczą, jak powinno wyglądać leczenie.
Tydzień temu opublikowaliśmy artykuł dotyczący niespotykanej sytuacji w jednym z mieszkań bloku na ul. Cegielnianej. Tego samego dnia kontrolę w mieszkaniu przeprowadził sanepid i jej wyniki nie pozostawiają złudzeń. Prezeska spółdzielni informuje nas, że ze strony właścicielki mieszkania i jej bliskich jest wola uprzątnięcia materiałów, które zastawiają dosłownie całe mieszkanie - to efekt zbieractwa, choroby wymagającej leczenia. Dla sąsiadów i zarządu spółdzielni to światełko w tunelu. Jest jedno ale.
Zbieractwo to choroba, którą bezwzględnie należy leczyć psychoterapeutycznie i farmakologicznie. Wyrządza szkodę nie tylko osobie, która na nią cierpi, ale też bliskim czy sąsiadom. Na własnej skórze coraz większe uciążliwości i obawy odczuwają mieszkańcy jednego z bloków Międzyzakładowej Spółdzielni Mieszkaniowej z siedzibą przy ul. Cegielnianej. Tydzień temu opisaliśmy, że po awarii grzejnika zalało mieszkanie, całe zastawione zebranymi w paczki ubraniami i innymi tekstylnymi materiałami. Zastawione jest pod sam sufit, bo te rzeczy zbierane są od kilku dekad. Problemem było dotarcie do pękniętego grzejnika, bo trzeba było utorować dojście. Teraz część wyniesionych paczek leży pod blokiem. Sąsiedzi i prezeska spółdzielni Lucyna Rzeszotarska reagują od dawna, ale ta awaria, jeszcze bardziej wzmogła działania. Po spółdzielnia boi się o zdrowie mieszkańców, o stan mieszkania i budynku. Stosy ubrań są teraz zawilgocone. Z drugiej strony od długiego czasu, boją się pożaru. Przed publikacją ubiegłotygodniowego artykułu próbowaliśmy namówić do rozmowy właścicielkę mieszkania. Nie udało się spotkać, ale kobieta przez telefon odparła nam krótko, że cierpi na zbieractwo i je leczy.
Sprawa tego mieszkania dosłownie narasta od ok. 25 lat. W powietrzu czuć bezradność, ale to właśnie ostatni tydzień może okazać się przełomem. Zarząd spółdzielni po awarii wniósł do sanepidu o przeprowadzenie pilnej kontroli w mieszkaniu. Ta została przeprowadzona w dniu, w którym ukazał się nasz pierwszy artykuł w sprawie. We wtorek (17 lutego) poznaliśmy wyniki kontroli. Nie pozostawiają złudzeń - reakcja musi nastąpić od razu!
- Podczas kontroli stwierdzono w mieszkaniu m.in. nagromadzenie znacznych ilości ubrań, które w części były mokre i zawilgocone po awarii grzejnika. Ponadto wyczuwalny był fetor - prawdopodobnie pochodzenia zwierzęcego oraz wilgoci. Zwrócono również uwagę na zagrożenie ze strony instalacji elektrycznej - z uwagi na obecność wody oraz niezabezpieczone żarówki pod sufitem na nieosłoniętych kablach w pobliżu hałd z odzieżą - relacjonuje rzecznik Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej Łukasz Betański. Powiatowy Inspektor Sanitarny w Tucholi wydał decyzję administracyjną - jest to nakaz z rygorem natychmiastowym usunięcia nagromadzonych rzeczy, osuszenia lokalu i doprowadzenia mieszkania do właściwego stanu higienicznego.
- W przypadku niewykonania decyzji, prowadzone jest postępowanie egzekucyjne prowadzące do nałożenia grzywny w celu przymuszenia do wykonania obowiązku. Maksymalna kwota grzywny nie może przekraczać 10.000 zł. Grzywny można nakładać wielokrotnie, a łączna kwota grzywien nie może przekraczać 50.000 zł - odpowiada na pytania "Tygodnika" rzecznik wojewódzkiego sanepidu. Dodaje, że o zdarzeniu poinformowano Komendę Powiatową Państwowej Straży Pożarnej w Tucholi.
Prezeska spółdzielni Lucyna Rzeszotarska relacjonuje "Tygodnikowi", że w końcu coś drgnęło i nie ukrywa, iż cieszy, że Tygodnik Tucholski podjął sprawę, bo to pomogło. Słyszymy, że właścicielka wspólnie z synem (nie mieszkają razem) postanowili z nią porozmawiać.
- Chcą zająć się uprzątnięciem mieszkania i wyrzuceniem zebranych rzeczy. Są nawet osoby, które byłyby w stanie im w tym pomóc - usłyszeliśmy od prezeski we wtorek 17 lutego. Niestety, jak mówi nam Lucyna Rzeszotarska, cała operacja musiałaby kosztować ok. 20 tys. zł, o czym dowiedziała się w Przedsiębiorstwie Komunalnym w Tucholi, które podjęłoby się zadania.
- Jestem w trakcie wysyłania pism z prośbą o pomoc w sfinansowaniu usunięcia tych rzeczy do burmistrza Tucholi i Ośrodka Pomocy Społecznej w Tucholi. Właścicielka nie jest w stanie pokryć takich kosztów - przyznaje Lucyna Rzeszotarska. Szefowa spółdzielni z ul. Cegielnianej jest jednak zdeterminowana, aby sprawę doprowadzić do końca. Można ocenić, że w ostatnich wielu latach tak blisko do pozytywnego rozwiązania nie było.
Temat będziemy kontynuować.
0 0
Znam podobny przypadek Pani Marzena P. Z Przyrowy Ma taki sam problem i tego nie leczy tylko coraz więcej rzeczy gromadzi w domu i przynależnym do niego budynkach aż strach pomyśleć jakby dało gdzieś zwarcie i zaczęło się to wszystko palić...
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu tygodnik.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz