Bartosz Pruss to człowiek, który nie usiedzi w miejscu, bo sam siebie określa jako poszukującego sensu życia. Młody podróżnik znalazł, czego szukał, choć wciąż pozostaje otwarty na świat. W tucholskiej bibliotece opowiedział o podróży, która miała mu znaleźć odpowiedzi na wiele pytań. Camino de Santiago dla człowieka z Gołąbka okazało się początkiem czegoś większego. Bartosz Pruss znalazł swoje duchowe spełnienie, choć sam twierdzi, że wciąż go coś gna przez życie, a drogi niezmiennie są otwarte i szerokie.
::addons{"type":"only-with-us", "color":"black"}
Sześć na sześć - taką życiową dewizę zaprezentował na wejście Bartosz Pruss, sportowiec, młody podróżnik i siatkarz, który stawał swego czasu na francuskich parkietach. Co oznaczają te liczby? Sześć miesięcy zarabiać na życie, tyleż później podróżować i tak spędzać każdy rok. Dziś bohater wydarzenia wciąż ceni sport, jednak spotkanie w tucholskiej Miejskiej Bibliotece Publicznej im. Janty-Połczyńskiego dotyczyło czegoś innego, co też stanowiło w pewien sposób wyzwanie jak sportowa rywalizacja. Więcej tu jednak było duchowości, symboliki, refleksji i kontaktu z człowiekiem, naturą.
Bartosz Pruss, który bywał w niejednym miejscu i będzie zapewne jeszcze wiele razy, postanowił podzielić się z widzami własnym doświadczeniem, jakim jest przebycie hiszpańskiej drogi św. Jakuba. Przypomnijmy, że ten szlak przewędrował kilka lat wcześniej Tucholanin Dariusz Siciński. Teraz jego śladami ruszył młody Borowiak, choć zaszedł jeszcze dalej, bo aż na brzeg oceanu.
- Wszedłem w życiowy etap, który kazał mi w jakiś sposób znaleźć własną duchowość, zagłębić się w siebie samego, wypróbować się w czymś wyjątkowym - szczerze mówi Bartosz Pruss. - Pragnąłem odbyć wyjątkową podróż i znaleźć sens tego, co mnie otacza. Pragnąłem wystawić się na próbę charakteru, wytrzymałości, pójścia za horyzont - dosłownie. Trudno jest to bardziej zdefiniować, sprecyzować. Każdy z nas ma w życiu swoje Camino, szeroko pojętą drogę do przebycia.
Podróżnik przyznaje, że jego wyprawa zaczęta w Pirenejach i skończona nad Oceanem Atlantyckim była oryginalnym prezentem na 25 urodziny. Odbyła się ona na przełomie marca i kwietnia zeszłego roku. Bartoszowi się dotrzeć z przygodami na granicę francuska - hiszpańską i stamtąd należy odliczać aż 900 kilometrów wędrówki, którą przebył w 30 dni. Sam twierdzi, że chciał uciec od zgiełku, technologii, by poznać siebie samego w takich warunkach, by przejść chrzest bojowy w pokonywaniu słabości.
- Niosłem dwa bagaże, fizyczny i duchowy - opisuje podróżnik. - Ciekawe było to, że im więcej nadchodziło bólu, trudu, zmęczenia, kłopotów, które ostatecznie dało się pokonać, czyli tej całej fizyczności, tym większe następowało oczyszczenie. Bagaż duchowy, psychiczny zaczął być lżejszy. Na trasie często słyszy się tzw. dyżurne pytanie: co jest powodem twojej drogi na tym szlaku? Dla mnie szeroko pojęte dotarcie do swojego wnętrza.
Na trasie podziwiał wschody i zachody słońca, był często na wsiach, gdzie - jak sam określił - spotykał wiele widoków nieznanych z pocztówek. Trasę mógł przebywać albo samotnie, albo w różnie dobieranej grupie. Były to cały świat na jednym szlaku i wspólny język, niekoniecznie angielski, ale zrozumiały dla ludzi, którzy idą w jednym kierunku i mają ten sam cel. Innymi słowy: na Camina de Santiago można spotkać pielgrzymów - wędrowców z całego globu. Co ważne, przemierzanie drogi nie musi mieć związku z byciem chrześcijaninem. To uniwersalny szlak dla wszystkich poszukujących w życiu czegoś głębszego, wewnętrznej równowagi, ciszy.
Bartosz Pruss podczas swojej opowieści prezentował obrazy i filmy stanowiące najlepsze świadectwo podjętego trudu i przejść, które mogłyby złamać niejeden mocny charakter. Pokazywał, jak wyglądały jego stopy, gdy pewnego dnia pobił rekord trasy - przeszedł 55 kilometrów. Pęcherze, odciski, stan zapalny - wszystko to sprawiło, że wędrowiec z Borów nabrał pokory.
- Wyobrażałem sobie cwaniacko, że to będzie wędrówka owszem, męcząca, ale bez jakichś zdarzeń typu chore stopy - wspomina Bartosz Pruss. - Było kiepsko, ale los nade mną czuwał, bo spotykałem dobrych ludzi na trasie. Węgier podający się za lekarza przebił mi bąble i je oczyścił, inni też pomagali, jak mogli. Sam nie pozostawałem dłużny. Myślałem, że jestem nie do zdarcia, a jednak musiałem pochylić głowę.
Na szlaku spotyka się przystanki, które działały wedle zasady "ja coś dla innych, inni coś dla mnie". Można było w takich punktach zostawić to, co stanowiło na szlaku nadmiar, a zabrać to, czego brakowało. Nikt tu nikomu nike patrzył na ręce, nikt nikogo z niczego nie rozliczał. Żółte strzałki czy symbole muszli prowadziły do celu przez setki kilometrów.
W jednym z łóżek podczas swojej wędrówki naraził się na atak pluskiew. Owszem, przeżył, ale potwierdziło się, że w całym swoim pozytywnym i pełnym uwielbienia dla świata wędrowaniu nienawidzi robactwa. We znaki dało się też... chrapanie innych ludzi w schroniskach. Bywało, że sen był przez to krótki i rwany. Czasami nie było się gdzie umyć, wziąć prysznica. Bartosz dźwigał też namiot, w którym nocleg był po prostu lekcją przetrwania w chłodzie. Na szczęście na niektórych odcinkach istniała możliwość podwiezienia bagażu do kolejnego schroniska. Problemem była bariera językowa, bo na prowincji hiszpańskiej ludzie nie mówią po angielsku. Jednak dla chcącego nic trudnego - bagaże ruszały w swoją podróż, nogi niosły też do celu, tylko wolniej.
Bartosz Pruss zawędrował dalej, niż prowadzi szlak św. Jakuba. Ruszył w podróż "na koniec świata", jak określają pielgrzymi brzeg Atlantyku. To niesamowite, gdy wzrok spotyka wodę, bo to ostateczny koniec trasy i czas zawrócić.
- To wzruszenie, niedowierzanie, poczucie piękna, dumy, poza tym przykrość, że nie zobaczy się najprawdopodobniej ludzi, z którymi wędrowało się na najważniejszej trasie życia - wspomina bohater spotkania. - Jest ostatnie wspólne zdjęcie, jest uścisk dłoni, potem każdy idzie w swoją stronę i nie odwraca głowy, nie kieruje już wzroku na towarzysza z innej części świata. To dość bolesne, ale piękne. Aż coś w środku wyje...
Tu wszystko było wyjątkowe. Bartosz opowiedział o pierścieniu, który przywiózł z wyprawy. Na wielu przystankach chciał go nabyć, ale jakoś się nie składało - pogoda, pośpiech, ważniejsze sprawy, rozmowy, planowanie dnia. Gdy wszedł do toalety nad brzegiem oceanu, na parapecie leżał pierścień.
- Czekał tutaj, mnie był pisany; idealnie wszedł na palec, ale kto go zostawił, dlaczego, tej odpowiedzi nikt nigdy nie pozna - z uśmiechem wspomina pielgrzym. - Jest taki zwyczaj, że na końcu szlaku pali się buty albo koszulkę na znak oczyszczenia, przemiany, wzbogacenia własnej duchowości. Można się śmiać, ale ja poświęciłem temu zwyczajowi skarpetki.
Spotkanie z podróżnikiem to nie jedyna okazja, by poznać jego wędrówkę. Można wejść na jego profil instagramowy i zaobserwować (bprussb albo bartku.przestan), aby tam wejść w ten wyjątkowy świat, który Bartosz Pruss zbliżył uczestnikom wydarzenia w bibliotece. Borowiakiem i jego podróżą zainteresowała się nawet Martyna Wojciechowska, którą Bartosz poznał w Warszawie na jednym ze spotkań. Wymienili kilka wiadomości, więc być może kiedyś to zaprocentuje.
- Trzydzieści dni wędrowania i dziewięćset kilometrów postawiły w mojej pamięci i duszy wielki obelisk, którego nic nie skruszy - kończy rozmowę Bartosz Pruss. - Wiem jedno i zachęcam: warto spełniać marzenia, by być człowiekiem jeszcze bardziej świadomym własnej duchowości. W życiu tak naprawdę nieważne, dokąd się jedzie. Ważne, aby być w podróży.
::addons{"type":"only-with-us", "color":"black"}
[FOTORELACJA]5248[/FOTORELACJA]
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu tygodnik.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz