Zamknij

Szymonowi kibicują córki. W telewizji każdy żużlowiec to tata

13:44, 21.06.2020 | Piotr Paterski, fot. oficjalna strona klubu Moje Bermudy Stal Gorzów
Skomentuj
REKLAMA

W maskach w tzw. parku maszyn. Bez kibiców na trybunach. Bez możliwości... brania prysznica po zawodach na klubowym obiekcie, bo szatnia zamknięta na klucz. W takich warunkach ze swoją drużyną otworzył żużlowy sezon pochodzący z Tucholi Szymon Woźniak. O okresie izolacji, o nowej sportowej rzeczywistości, o... swoich córeczkach rozmawia z "Tygodnikiem Tucholskim".

Ruszyła PGE Ekstraliga na żużlu. Dokładnie tydzień temu w barwach Moje Bermudy Stali Gorzów na tor wyjechał więc pochodzący z Tucholi Szymon Woźniak. Dla najlepszej i najdroższej żużlowej ligi świata, jak i dla Szymona, ten sezon jest inny niż wszystkie poprzednie. Zaledwie kilka treningów, żadnego sparingu, nawet pojedynczego biegu z przeciwnikiem. Tylko od razu mecz i to z mistrzem Polski. Wszystko zaczęło się z ogromnym opóźnieniem. Profesjonalny sport, podobnie jak cała gospodarka, został zamrożony w związku z epidemią koronawirusa. Przez wiele tygodni środowisko żużlowe nie zastanawiało się nad tym, kiedy jakiekolwiek rozgrywki na świecie ruszą, a... czy w ogóle do tego dojdzie. Sytuacja była dynamiczna i nerwowa, bo zarówno polskim klubom, jak i samym sportowcom zależało, aby zwłaszcza polska liga mogła wystartować w jakiejkolwiek formie. Snuto nawet tak czarne scenariusze, że odwołanie rozgrywek może skończyć się katastrofą dla całego speedwaya, bo wiele klubów mogłoby się już nie podnieść. Indywidualnie? Żużel to dyscyplina specyficzna. Trening fizyczny i na torze to jedno. Warto podkreślić, że sportowcy  w przygotowania sprzętowe wkładają setki tysięcy złotych - mowa o jednym zawodniku i jednym sezonie! Ostatecznie decyzje rządu, a potem renegocjacje kontraktów [mówiąc wprost - poważne obcięcie zarobków doprowadziły do startu ligi, choć na tę chwilę bez kibiców na trybunach.

W domu o tej porze? Nigdy

Zanim to się jednak stało, zawodników czekały kwarantanny, a wcześniej izolacja i indywidualne przygotowania. Nie było leniuchowania.

- Musiałem wynaleźć sposób, by dbać o swoją formę fizyczną, podtrzymać ją, a najlepiej poprawić. Na szczęście mam w domu małą siłownię, która wyposażona jest w cały sprzęt potrzebny do wykonania mojego treningu. Codziennie "widywałem się" z moim trenerem przygotowania fizycznego na treningach on-line. On widział, co robię i jak to robię. Wszystkie bieżące podpowiedzi byłem w stanie wykonać - tłumaczy żużlowiec. Dla większości sportowców przygotowania do sezonu, jak i jego trwanie oznaczają rozłąkę z rodziną. Żużlowcy żyją na walizkach, podróżując przede wszystkim po Europie. W tym roku podróżują mało albo wcale. 

- Nie pamiętam, abym o tej porze roku [od marca do maja - red.] tyle czasu spędzał w domu, a tym razem tak było - przyznaje Woźniak. Korzyści, pod względem rodzinnym, są bezcenne. 

 - Trafiłem na bardzo fajny okres moich dwóch dziewczynek [Szymon ma dwie córeczki, bliźniaczki - red.], które zaczynały coraz więcej mówić. Jakkolwiek nie wyglądała i nie wygląda ta sytuacja z koronawirusem, ja miło będę wspominać samą izolację właśnie dzięki spędzaniu czasu z rodziną, którego bym nie miał - podkreśla Woźniak.

Szatnia zamknięta na klucz. A co mają dać maseczki?

Wyjście z izolacji, możliwość treningu na motocyklu, a ostatecznie przystąpienie do pierwszego meczu były dla żużla znów kompletną nowością. Jednym z najpopularniejszych słów wykutych przez epidemię jest "obostrzenie". Z obostrzeniami muszą mierzyć się także żużlowcy. Jakie są dla nich najtrudniejsze? Woźniak zwraca uwagę, iż przed startem ligi istniało ryzyko, że w trakcie meczów jednemu żużlowcowi podczas meczu będzie mógł towarzyszyć wyłącznie jeden mechanik - tak, aby ograniczyć liczbę osób znajdujących się w parku maszyn. Wcześniej w teamie danego zawodnika pracowało nawet po kilku ludzi. To mogło bardzo skomplikować ich sytuację, a nawet prowadzić do spowodowania niebezpieczeństwa na torze.

- Trochę nas te zapowiedzi wystraszyły. Na szczęście ostatecznie do tego nie doszło. Kilka dni przed startem ligi dotarła informacja, że zawodnik może korzystać z pomocy dwóch mechaników - mówi Szymon. Inne obostrzenie? To jest bardzo przyziemne...

- Nie możemy korzystać z pryszniców na naszym obiekcie. Szatnie są zamknięte na klucz, prysznice są wyłączone z użytku - przyznaje sportowiec. Trudno uwierzyć, że po meczu ligowym w niedzielę, który odbywał się przy letniej pogodzie, zawodnicy gości musieli wyjechać brudni i spoceni.

- Trudno mi powiedzieć, czy ktoś był w stanie "zakombinować", nie wziąć hotelu i się nie odświeżyć. Nie mam pojęcia... - uśmiecha się Szymon. Ale jednocześnie podkreśla, że klub rygoru sanitarnego musi się trzymać i na jego terenie do szatni wejść nie można.  Podczas niektórych meczów toczonych w upale, nie sposób było zwrócić uwagi, że dyskomfortem dla zmęczonych zawodników jest noszenie maseczek: w parkingu, między biegami, podczas odpoczynku i szybkiej regeneracji. Pojawiają się nawet głosy, że w tej sytuacji maski szkodzą, ograniczając oddychanie.

- Maseczki nie są przyjemnością. Po biegach chcielibyśmy pooddychać świeżym powietrzem. Nie jestem ekspertem i nie mogę powiedzieć, czy maseczki podczas zawodów są dla nas dobre czy złe. Jednak moim zdaniem są totalnie niepotrzebne, może z wyjątkiem dużych odpraw, gdy jest więcej ludzi. W parkingu przebywamy w swoim ścisłym otoczeniu. Wcześniej byliśmy przebadani na obecność koronawirusa i wyniki były negatywne - zwraca uwagę zawodnik pochodzący z Tucholi. Jakie są natomiast, nie tyle obostrzenia, a najcięższe konsekwencje nowej rzeczywistości?

- Kwestie finansowe [potężne cięcia kontraktów wszystkich zawodników - red.] są dla nas bardzo trudnym tematem. Żużel jest bardzo drogim sportem, sprzęt kosztuje krocie, a kluby mają dziury w budżecie ze względu na brak kibiców na trybunach - zwraca uwagę Szymon. 

Obserwuje odradzającą się Polonię

W pierwszej kolejce ligi jego drużyna uległa mistrzowi Polski, FOGO Unii Leszno 41:49. Woźniak zdobył 8 punktów po słabszej pierwszej części zawodów. Ale już w jej decydującej fazie dwa razy do mety przyjeżdżał pierwszy. W rozmowie z "Tygodnikiem" nie ukrywa, że ekipa z Gorzowa jest bardzo rozczarowana porażką, mimo że treningów na własnym torze było tak niewiele, mimo że jechała bez jednego ze swoich głównych ogniw Nielsa Kristiana Iversena. Warto podkreślić, że Szymon w zeszłym roku pod względem indywidualnej punktacji należał do liderów swojego zespołu. Miał drugą średnią biegową tylko za Bartoszem Zmarzlikiem, mistrzem świata. Zapewnia, że ma zamiar być nim także w tegorocznych rozgrywkach, a jego celem jest podniesienie średniej i jak najlepszy wynik drużyny. Trudno jest natomiast mówić o celach indywidualnych, bo tego typu zawody są torpedowane przez ograniczenia związane z epidemią. Pytamy również Szymona, czy obserwuje poczynania odradzającej się Polonii Bydgoszcz, czyli jego macierzystego klubu, który po sportowym upadku, pnie się w górę żużlowej hierarchii i w tym roku wystartuje na zapleczu ekstraligi. Woźniak przyznaje, że pojawił się na meczach Polonii, zabierając nawet swoje córki. Czy zakłada możliwość, by kiedyś znów przywdziać bydgoski plastron?

- Nie da się odpowiedzieć na to pytanie. Jeśli w przyszłości taki ruch byłby dobry dla mojej aktualnej sytuacji w karierze, to oczywiście warto byłoby o nim pomyśleć. Ale to nie jest tak, że czekam tylko na to, by Polonia awansowała do ekstraligi, by czmychnąć do Bydgoszczy. Skupiam się na obecnym klubie, w którym udało mi się rozwinąć skrzydła. Zawsze będę wybierać drużynę, która jest najlepsza dla mojego rozwoju. (...)  Jak tylko mogę, to Polonię oglądam, kibicuję. Zresztą odbudowa Polonii i lepsze czasy należą się wszystkim kibicom - tłumaczy żużlowiec.

"Każdy żużlowiec to tata"

- Kiedy byłeś ostatnio w Tucholi? - pytamy.

- Oj... Dawno, niestety dawno. Pewnie, gdyby nie wirus, pojawiłbym się. Prawdopodobnie było to krótko po Nowym Roku - sięga pamięcią. Woźniak podkreśla, że kiedy zagląda do Tucholi, to nie chowa się u rodziców.

-  Teraz już zawsze przyjeżdżamy z dziewczynkami, spacerujemy po Tucholi, odwiedzamy rynek - opowiada. Dodajmy, że córeczki: Gabrysia i Ula, skończyły 2 lata. Trudno, by nie interesowały się czarną dyscypliną sportu.

- Gdy tylko widzą żużel w telewizji, to wiadomo - każdy żużlowiec to tata. Wiedzą już, czym tata się zajmuje. Gdy mówię, że jadę do pracy, na żużel, to odpowiadają: "brum, brum" i "ostrożnie tata" - opowiada z uśmiechem.  

Szymonowi na koniec rozmowy oddajemy głos:

- Bardzo serdecznie pozdrawiam wszystkich znajomych, sympatyków, kibiców z Tucholi. Obserwując media społecznościowe, zauważam wiele ciepłych komentarzy płynących z moich rodzinnych stron, a to mnie bardzo cieszy. Czuję Wasze wsparcie i bardzo za nie dziękuję. 

(Piotr Paterski, fot. oficjalna strona klubu Moje Bermudy Stal Gorzów)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz