Zamknij

Tomasz Włoch: Od treningów w piwnicy po mistrzostwo Polski!

13:20, 08.12.2018 | Jarosław Kania, fot. (jk), nadesłane
REKLAMA
Skomentuj

Artykuł opublikowaliśmy w papierowym wydaniu "Tygodnika Tucholskiego" 22 listopada.

Mamy w Tucholi mistrza Polski w brazylijskim jiu-jitsu. Tomasz Włoch - zawodowy strażak z JRG w Tucholi przedstawił nam swoją drogę do sukcesu. 

Tucholanin od pięciu lat pracuje w strażackim uniformie, natomiast od dwóch lat trenuje sporty walki. Niedawno w Gnieźnie (3 - 4 listopada) Tomasz Włoch osiągnął życiowy sukces - nie miał sobie równych w całym kraju podczas XIV Mistrzostw Polski Brazylijskiego Jiu-Jitsu Gniezno 2018. Startował w kategorii 82,3 kg. Skąd taka skrupulatność aż do dziesiątych części?

- Takie są po prostu surowe, sztywne przepisy. Pół godziny przed walką każdy zawodnik ważony jest już w kimonie. Później już tylko pozostaje stanąć z rywalem oko w oko - mówi mistrz Polski.

Zaczęło się niby zwyczajnie, choć z mocnym i przydatnym akcentem. Tomasz Włoch, jego brat Łukasz i kolega Bartosz Jeliński pracowali nad krzepą i techniką w piwnicy u przyszłego mistrza. Mieli tam małą siłownię, trochę sprzętu do boksowania i do treningu wytrzymałościowego. Później szczęście uśmiechnęło się do ekipy.

- Okazało się, że szwagier Arkadiusz Kiełpiński zna osobiście nie byle kogo - samego Pawła Nastulę. To judoka będący mistrzem olimpijskim i dwukrotnym mistrzem świata. Gdy o nas usłyszał, ofiarował sporo nowego sprzętu zupełnie za darmo. Worki, ochraniacze, rękawice - wszystko to trafiło pod mój dach - opowiada Tomasz Włoch. - Był to dla nasz szok i wielki zaszczyt, poza tym motywacja.

Po roku grupa zaczęła jeździć na nieoficjalne sparingi do Bydgoszczy. Było to jeszcze wówczas, gdy mężczyźni trenowali MMA. Gdy Tomasz Włoch od marca bieżącego roku stał się członkiem klubu Centrum Sztuk Walki Chojnice, musiał dokonać konkretnego wyboru, co chce uprawiać, na czym się skupić, bo możliwości wyboru było wiele. Dlaczego brazylijskie jiu-jitsu? Na to pytanie nie umie dokładnie odpowiedzieć nasz mistrz. Spodobało się i po prostu decyzja była podjęta.

W Chojnicach Tomasz Włoch trenował pod okiem Daniela Jetza mającego brązowy pas w brazylijskim jiu-jitsu. Ów człowiek, jak podkreśla tucholanin, pokazał mu właściwą drogę sportowego rozwoju. Trafienie pod dobre skrzydła pozwoliło solidnie przygotować się do mistrzostw Polski. Ciężki i częsty trening (pięć razy w tygodniu), sparingi, ćwiczenia odpowiednich, rzutów, padania, technik kończących – można by jeszcze długo wymieniać elementy przygotowań się do triumfu w Gnieźnie.

- Dużo mi pomógł też Waldemar Banaszak, kolega Pawła Nastuli, wielokrotny medalista w judo. Dał mi kilka cennych wskazówek, punktów widzenia, podejścia do rywala – przyznaje Borowiak.

Złoto w Luboniu – przedsmak mistrzostwa

Czym jest w ogóle odmiana brazylijska jiu-jitsu? Okazuje się, że polega ona na jak najszybszym sprowadzeniu rywala do parteru i skupieniu się na technikach kończących – dźwigni na stawy czy duszeniu. Nie stosuje się tu uderzeń. W międzynarodowym skrócie tę odmianę sztuki walki określa się jako BJJ.

Daniel Jetz zaproponował tucholaninowi sprawdzenie formy na oficjalnych zawodach. Okazją do tego był Puchar Polski w No Gi Jiu-Jitsu we wrześniu, w podpoznańskim Luboniu. Tomasz Włoch zajął tam pierwszą lokatę w kategorii wiekowej Masters – powyżej 30 lat i w kategorii wagowej do 85,5 kg. To był przełom. Można było się przygotowywać do listopadowych mistrzostw kraju.

Droga do mistrzostwa

- Podczas pięciominutowej walki sędziowie bardzo skrupulatnie patrzą na postawę zawodników. Za unikanie walki mogą przyznawać punkty karne. Na mistrzostwach reprezentowałem CSW Chojnice. Co bardzo ważne, występowałem i w Luboniu, i w Gnieźnie w białym pasie – opisuje Tomasz Włoch. – Przed wyjazdem do Gniezna musiałem zrzucić 6 kilo, by wejść w swoją kategorię. Stosowałem lekkostrawną dietę.

Między ważeniem a samą walką na bocznej macie można się rozgrzewać. Dawało to możliwość podpatrywania potencjalnego przeciwnika, a system był bezlitosny; nikt nie dostawał drugiej szansy – przegrany odpadał z całego turnieju. Tucholanin do półfinału stoczył dwie walki – z Pawłem Janickim (Gold Team Polska) i Michałem Stawickim (Copacabana). Zarówno z pierwszym, jak też drugim rywalem Borowiak wygrał na punkty. W półfinale starł się z Januszem Strąkiem (Renato Tavares Team Poland). Było to imponujące zwycięstwo bohatera artykułu – duszenie dało poddanie walki już po dwóch minutach. Finał to bezdyskusyjna przewaga tucholanina nad przeciwnikiem i wynik 9:0. Tym stosunkiem punktowym Tomasz Włoch pokonał Mateusza Pałysa (Gold Team Polska).

- Paradoksalnie okazało się, że wcześniej, zanim doszedłem do finału, miałem mocniejszych rywali. Czy były jakieś słabsze chwile, kryzysy? Zauważyłem, że podczas pierwszych walk jestem spięty, później idzie z górki. Muszę popracować nad psychiką, choć nie jest to na razie jakiś wielki problem – przyznaje mistrz Polski. – Ciekawostka: bywają zawodnicy, którzy w sytuacji sprowadzenia do parteru, duszeni, z dźwignią na jakimś stawie mają tak wysoki próg bólu, że mimo niemalże omdlenia nie poddają walki przez odklepanie dłonią. Wówczas sędzia musi wykazać się czujnością, by nie doszło do poważnej kontuzji.

Na koniec Tomasz Włoch chce podkreślić, że jego najwspanialszym kibicem zdolnym do poświęceń jest życiowa partnerka Anna Kiełpińska. Dzięki niej Tomasz Włoch ma wsparcie, zapewnioną dietę, życzliwość, cierpliwość, obecność na zawodach.

- To właśnie w Gnieźnie Ania była ze mną i wspierała mnie każdą myślą, samą obecnością. To zmotywowało do walki, dodało sił. Jestem szczęśliwy i spełniony. Niech tylko zdrowie służy – kończy rozmowę z „Tygodnikiem” mistrz Polski z Tucholi.

(Jarosław Kania, fot. (jk), nadesłane)
REKLAMA

Komentarze (1)

KAPSEL KAPSEL

2 0

Gratulacje 20:38, 09.12.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

© tygodnik.pl | Prawa zastrzeżone