Zamknij

Mariusz Wlazły dla „Tygodnika”. W Borach Tucholskich pierwszy raz

11:14, 28.09.2018 | Jarosław Kania
REKLAMA
Skomentuj

Człowiek – legenda, ikona, idol. Sukcesów Mariusza Wlazłego nie można wymienić jednym tchem. Najlepszy zawodnik ostatnich siatkarskich mistrzostw świata w 2014 roku porozmawiał z „Tygodnikiem”, a było to możliwe podczas międzynarodowego turnieju siatkówki w Gostycynie – imponującej imprezy, którą relacjonowaliśmy w papierowym wydaniu "Tygodnika Tucholskiego".

„Tygodnik Tucholski”: Dlaczego Gostycyn? Co zadecydowało, że znalazł się Pan właśnie tutaj?

Mariusz Wlazły: Jesteśmy przed rozpoczęciem rozgrywek, do których pozostało jeszcze sporo dni. Tutaj jesteśmy stosunkowo krótko, bo ruszamy dalej na cykl turniejów w całej Polsce. Zaproszono nas tutaj, byśmy zagrali w doborowej stawce.

Z wieloma graczami z przeciwnych drużyn znacie się doskonale. Świadczyły o tym serdeczne gesty.

W siatkówce jak w rodzinie. Wśród rywali gra wielu reprezentantów Polski, z którymi przeżyło się jedne z najpiękniejszych chwil. To stanowi wyższość ponad to, że tu i teraz stoi się po przeciwnych stronach siatki.

Jak Pan określi dzisiejszy poziom turnieju?

No cóż, zabawa zabawą, ale liczą się zyskane tu wymierne rezultaty, które będą stanowić wnioski do kolejnych kroków, jeśli chodzi o taktykę zespołu. Już nawet nie chodzi o wyniki, ale o grę. Tego typu turnieje z dala od wielkich hal to przede wszystkim dobry sposób na to, by zaprezentować się jak najlepiej bez wielkiej presji właśnie samego wyniku.

Ale przecież gra się, by wygrać... Jest pan zadowolony z własnej postawy i całego zespołu?

Koledzy z drużyny i inni na tym parkiecie pozostawili sporo zdrowia. Bez względu na czas i miejsce gramy do końca. Nie ma naturalnie oczekiwania na bezbłędną grę. Co tydzień gramy w różnych turniejach, by wstrzelić się z formą na walkę o punkty.

Zatem jest Pan w Borach Tucholskich pierwszy raz?

Tak, ale potrzebuję właśnie takich miejsc. Intensywne życie sportowe na pewno jest satysfakcjonujące z różnych przyczyn, ale czasami warto przyhamować.

Pewnie bardziej egzotycznym był Katar?

Owszem, miałem tam sportową przygodę w dwumeczu pucharowym. Podkreślam: to nie był nawet sezon, tylko dwa mecze - istniała możliwość wypożyczenia mnie na Bliski Wschód. Skorzystałem, wróciłem, gram tutaj.

Wielcy sportowcy jak Pan są najczęściej bohaterami akcji dobroczynnych. Z pewnością ma Pan doświadczenie też w tej kwestii.

Od jakiegoś czasu istnieje moja fundacja. Próbuję dzięki niej dotrzeć do jak największej liczby młodych ludzi zapatrzonych w siatkówkę. Jeżdżę po różnych miastach, spotykam się na treningach i rozmowach z młodzieżą. Próbuję podpowiadać, jak żyć. Jak warto pokochać sport. I nie powtarzam, że będzie łatwo. Po co? By młodych nie rozczarować.

Czemu mieliby się rozczarować? Czym? Co chciałby Pan przekazać tym młodym ludziom na trybunach w klubowych koszulkach, którzy kochają siatkówkę?

To nie jest tak, że mówi się: „wierzcie w marzenia, a same się spełnią”. To naiwność, którą weryfikuje życie nie zawsze spokojne, dobre, układające się wedle przewidywań. Marzenia trzeba mieć, ale przede wszystkim – niech nikogo nie przerażają i niech nie zniechęcają porażki, Trzeba czasami się wyciszyć po niepowodzeniu, czasami zacisnąć zęby i iść jak w dym – właśnie w stronę marzeń mimo potknięć.

Dlaczego wybrał Pan siatkówkę?

Proszę mi wierzyć, trenowałem wszystko jak każdy młody chłopak w dzisiejszym, mniejszym mieście powiatowym. Dlaczego wygrała siatkówka? Sam nie znam odpowiedzi, wiem jedno – był to dobry wybór. Jestem jedynym sportowcem w mojej rodzinie z jakimś sukcesem, chociaż wszyscy w Wieluniu dawali mi dobry przykład. Siatkówka przyniosła, co najpiękniejsze. Nie cofnąłbym ani chwili. Czuję się spełniony, choć zawsze oczekiwania pozostają. Do Was chętnie wrócę, gdy tylko zaistnieją warunki.

Podczas turnieju w Gostycynie grały m.in. Skra Bełchatów, Chemik Bydgoszcz, Trefl Gdańsk. Spośród kadrowiczów na parkiecie nie pojawił się wyłącznie Mariusz Wlazły. W akcji mieliśmy okazję zobaczyć także np. Michała Winiarskiego, Wojciecha Grzyba czy Karola Kłosa.

(Jarosław Kania)
REKLAMA

Komentarze (0)

Brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

© tygodnik.pl | Prawa zastrzeżone