Różne sytuacje, do których dochodziło z udziałem mieszkanki ul. Kościuszki, z zaangażowaniem służb. Tuż przed świętami została zabrana karetką do szpitala w Świeciu, ale tam zapadła decyzja, że nie wymaga ona hospitalizacji.
– Boimy się – jednym głosem mówi duża grupa sąsiadów bloku przy ul. Kościuszki w Tucholi. Rozmawiamy z dziesięciorgiem mieszkańców. Opowiadają, że ich sąsiadka zachowuje się irracjonalnie, obraża, nachodzi także w godzinach nocnych, prowokuje. Ale też niekiedy w swoim zachowaniu popada ze skrajności w skrajność. Konkretne interwencje, ale też próby dialogu z kobietą podejmuje tucholska policja. Starała się reagować spółdzielnia mieszkaniowa, z której wiemy, że sprawą 72-letniej mieszkanki zajmuje się aktualnie sąd. Rozwiązania właśnie na drodze sądowej szuka dalsza rodzina kobiety.
Tuż przed świętami - w dzień ukazania się pierwszego artykułu o historii z ul. Kościuszki na papierowych łamach Tygodnika Tucholskiego - interwencję w bloku przy ul. Kościuszki przeprowadziły służby we wzmożonej sile. Z obawy o zdrowie kobiety doszło nawet do siłowego wejścia do mieszkania. Zaopiekowali się nią medycy i zawieźli karetką do specjalistycznej placówki w Świeciu. Sąsiedzi mieli nadzieję, że mieszkanka trafi pod opiekę i będzie leczona. Jeszcze tej samej doby, w nocy, sama... wróciła do mieszkania.
W dwóch ostatnich numerach Tygodnika Tucholskiego zaczęliśmy opisywać historię z ul. Kościuszki, którzy żyją w strachu w związku z zachowaniem swojej sąsiadki. "System jest chory" - słyszymy od nich. Niżej oba materiały.
Mieszkańcy jednego z bloków przy Kościuszki opowiadają „Tygodnikowi”, że codziennie żyją w obawie o swoje bezpieczeństwo. Spotykamy się z dziesięcioosobową grupą ludzi. Proszą o anonimowość, nazwiska pozostawiają do wiadomości redakcji.
– Sympatyczna, inteligentna, mądra i pomocna...
– tak mówią o cechach swojej sąsiadki, która mieszka samotnie, nie ma najbliższej rodziny. Ale z podstawowym zastrzeżeniem – kiedy jej stan był unormowany. Od kilku miesięcy, a tym bardziej tygodni, nerwowe i nieprzyjemne sytuacje nawarstwiają się. I nie jest to pierwsza eskalacja w historii, bo poprzednia miała miejsce w 2024 roku. Grupa sąsiadów wymienia przykłady codziennych, irracjonalnych zachowań, które budzą w nich konsternację połączoną ze strachem. Niektórych z nich, ze względu na delikatność czy intymny charakter, nie będziemy opisywać w szczegółach.
– Stale jesteśmy wulgarnie obrażani, niektórzy z nas nie mogą nawet wyjść na balkon, żeby nie usłyszeć wyzwisk. Kobiety wyzywane są od k**w, oszustek. Mężczyźni od chamów. Nawet na klatkę schodową wychodzimy o wybranych porach, nasłuchujemy, czy akurat jej nie ma. Na agresję słowną narażeni są jacykolwiek goście czy pracownicy, którzy pojawiają się na klatce
– relacjonują ludzie z Kościuszki.
Mieszkańcy ponowne niepokojące zachowania zaczęli zauważać jesienią 2025 roku. Narastać zaczęły drastyczne zmiany zachowania, nawet w jednej chwili: od życzliwości i kulturalnego pozdrowienia do agresji i tak na zmianę. Jak słyszymy, od grudnia kryzys trwa praktycznie codziennie. Do jednego z mieszkań kobieta – według relacji ich właścicieli – potrafi dobijać się bez przerwy np. przez godzinę. Inna mieszkanka, która na Kościuszki jest stosunkowo krótko, tłumaczy że najpierw otrzymała od sąsiadki niespodziewany prezent przeznaczony dla jej psa, by później być nachodzoną i obrażaną.
– Z tego mieszkania nocami słychać hałasy, jakby ktoś meble przestawiał. Hałas i głośne monologi przenoszą się na klatkę schodową
– słyszymy dalej. Podawane przykłady mnożą się.
Marzec to dwie konkretne sytuacje zakończone interwencją służb. Jak relacjonują mieszkańcy, jednej z marcowych niedziel kobieta wyrzucała ze swojego balkonu przeróżne przedmioty, od obrazów ściennych i małych mebli, przez książki po osobiste dokumenty. Był tego cały stos.
Kilka dni później, mieszkanka miała ruszyć z trzepaczką na przypadkowego człowieka i jego samochód. A kilka godzin później tego samego dnia, przy jednym ze sklepów interweniowali przy kobiecie policjanci i ratownicy. Ostatecznie znalazła się ona z powrotem w swoim mieszkaniu. I późną nocą znów zaczął się hałas. Słyszymy od mieszkańców, że generalnie niepokojące zachowania zaczęły przenosić się już poza blok, także w miejsca publiczne.

Ludzie z Kościuszki mają traumę po wydarzeniach z 2024 roku. Wówczas niektórzy z nich zdecydowali się pisać do tucholskiego sądu. Już wtedy zwracali uwagę, że chodzi o mieszkankę bardzo licznego budynku wielorodzinnego, która mieszka sama i nikt nie kontroluje jej zachowania. Albo nie pilnuje zadbania o swoje zdrowie. Jedna z mieszkanek alarmowała wówczas, że sąsiadka ją nachodzi, bezpodstawnie oskarża o kradzieże, żąda zwrotu przedmiotów, zostawia absurdalne wiadomości w skrzynce pocztowej albo najróżniejsze przedmioty i śmieci pod drzwiami. Zgłosiła sądowi, że jest nawet nachodzona w miejscu pracy.
Sąsiedzi także dwa lata temu bali się, że wulgarne inwektywy przerodzą się w agresję fizyczną. Bali się wybuchu gazu w bloku, dlatego pismo w tej sprawie skierowali do spółdzielni mieszkaniowej. Słyszymy, że choć wówczas – w związku zachowaniem kobiety – w sądzie założona była sprawa, problem na jakiś czas rozwiązał się sam. Dojść miało do fizycznej awantury z udziałem kobiety w jednym z tucholskich sklepów. W jej efekcie trafiła ona do szpitala. Wróciła do kilku miesiącach leczenia, była pod opieką.
– Miała też asystencję z ośrodka pomocy społecznej. Codziennie ktoś do niej przychodził, zabierał na zakupy itd. Było naprawdę dobrze, w bloku kulturalnie. Jednak ta asystencja się skończyła. Ktoś powinien zadbać o to, aby w tak trudnym przypadku była kontynuowana!
– komentuje jedna z sąsiadek. Twierdzi, że OPS powinien przypilnować tego tematu.
Nasi rozmówcy dążą do tego, aby sąsiadka znów podjęła się specjalistycznego leczenia. Zwracają jednocześnie uwagę, że blok wielorodzinny, tym bardziej z podłączoną instalacja gazową, absolutnie nie jest miejscem, aby żyła w nim samotnie starsza osoba w takim stanie. Co prawda ludzie kontaktują się ze służbami, ale...
– Niekiedy bezradnie rozkładamy ręce... Jaki jest sens wciąż dzwonić? – pytają. – Dla osób postronnych te sytuacje mogą brzmieć jak anegdoty. Ale proszę sobie wyobrazić, że to jest nasza codzienność.
Dyrektor Ośrodka Pomocy Społecznej w Tucholi Krzysztof Blas zastrzega, że nie może rozmawiać o konkretnym przypadku mieszkanki gminy Tuchola. Ale o problematyce, która wiąże się z takimi historiami, owszem.
– Podejmujemy działania w przypadku każdej osoby, która wymaga pomocy. Dzieje się tak na zgłoszenie z różnych źródeł: tej indywidualnej osoby, sąsiadów, policji, innych instytucji, nawet gdy jest to zgłoszenie anonimowe. Zaczyna się jednak od tego, że osoba ta musi wyrazić zgodę na współpracę
– tłumaczy dyrektor ośrodka. „Zgoda” udzielona przez osobę będącą podmiotem w sprawie nie jest na czas nieokreślony. Mówiąc najprościej, taka osoba w każdym momencie może zmienić zdanie na temat tej współpracy...
– I dokładnie tak wygląda kwestia asystentury
– mówi Krzysztof Blas. Tłumaczy:
– Wniosek o asystenturę w ramach programu asystencji składa sam uczestnik. Jeśli tego nie chce zrobić, to wniosku nie złoży, a my nie może my go do tego zmusić. Nawet jeśli w przeszłości ktoś zgadzał się na asystenturę i ta przynosiła pozytywne efekty, to na nową edycję programu również musi wyrazić chęć udziału i samodzielnie złożyć wniosek
– słyszymy.
Justyna Porębska, starsza specjalistka pracy socjalnej – koordynatorka, dodaje, że pracownicy OPS-u nawiązują kontakt z osobami, które wcześniej miały asystenturę albo inny rodzaj wsparcia środowiskowego.
– Zawsze kontaktujemy się, przypominamy o programie. Jeśli ktoś chce zrezygnować z takiego wsparcia, pytamy dlaczego ma taki zamiar lub tak zdecydował. Jeśli ktoś kategorycznie nie chce asystencji, my nie możemy nic więcej zrobić
– podkreśla Porębska.
Do programu asystencji wchodzi się przez nabór uczestników. OPS zapewnia, że osoby spełniające kryteria z najpilniejszymi potrzebami są na samej górze listy.
– Każdy problem rządzi się swoimi prawami. Inaczej pracuje się z osobą w kryzysie bezdomności, a inaczej z osobami z zaburzeniami. Szybciej można dotrzeć do danej osoby, jeśli w cały proces zaangażowana jest najbliższa rodzina. To często najkrótsza droga. Bez takiego wsparcia trudniej jest uzyskać zgodę na współpracę
– wyjaśnia Krzysztof Blas. Zdarzają się przypadki, że to OPS zgłasza do sądu wniosek dotyczący danej osoby o przymusowe leczenie w ramach interwencji.
– Z doświadczenia wiemy też, że nawet jeśli dochodzi do interwencji policji albo wezwania karetki, odmowa będzie znaczyć tyle samo, co w ośrodku pomocy społecznej. Dana osoba może nie zgodzić się na zabranie do szpitala. Sytuacja wyjątkowa dotyczy stwierdzenia przez lekarza zagrożenia zdrowia i życia. My jako pracownicy OPS-u takiego faktu nie możemy stwierdzić
– słyszymy od dyrektora.
– Ważną sprawą jest to, aby wszyscy mieszkańcy, widząc osobę zagrażającą sobie lub innym, natychmiast reagowali i wzywali służby. Reakcja musi być tu i teraz. Jeśli coś się dzieje na klatce schodowej albo w mieszkaniu, trzeba od razu dzwonić na 112 czy bezpośrednio na policję. Nie ma nawet konieczności podawania swoich danych. Jeśli ktoś dzwoni do nas po jakiejś sytuacji dopiero kolejno dnia rano, to pracownicy OPS-u nic nie będą w stanie zrobić
– apelują przedstawiciele ośrodka.
Komenda Powiatowa Policji w Tucholi przyznaje, że interweniowała w sprawie mieszkanki miasta.
– Dzielnicowy niejednokrotnie rozmawiał z seniorką odnośnie jej zachowania. Nawiązał również kontakt z rodziną kobiety oraz z OPS-em w Tucholi w celu podjęcia działań w ramach własnych kompetencji i zaopiekowania 72-latką, również pod względem medycznym
– informuje nas KPP w Tucholi. Oficer prasowy relacjonuje, że policja w tym roku podjęła dwie interwencje.
– W obu przypadkach kobieta zachowywała się irracjonalnie, dlatego też każdorazowo została przekazana pod opiekę medyków – relacjonuje Łukasz Tomaszewski. Jedna z interwencji miała miejsce 15 marca. To o niej szczegółowo opowiedzieli nam mieszkańcy i potwierdziła spółdzielnia mieszkaniowa. Dotyczyła porozrzucanych książek i elementów wyposażenia mieszkania.
– Policjanci wykonali oględziny miejsca. Obecnie zebrany materiał dowodowy wskazuje, że prawdopodobnie sprawcą tego czynu jest 72-latka. Sprawa jest w toku
– podaje przedstawiciel tucholskiej policji.
Spółdzielnia Mieszkaniowa Lokatorsko-Własnościowa w Tucholi temat zna bardzo dobrze. Obaj prezesi zapewniają, że reagują na zgłoszenia swoich mieszkańców.
– Po petycji z 2024 roku zamontowaliśmy czujki gazu we wszystkich mieszkaniach. Przyznajemy, że problem pojawił się w przypadku mieszkania akurat tej pani, bo ona nie chciała zgodzić się na montaż. Udało się to jednak w końcu zrobić, gdy sytuacja była stabilniejsza. Czujki są we wszystkich mieszkaniach
– zapewnia prezes Jacek Jeżewski. Zarówno on, jak i Damian Warmiński (wiceprezes) przyznają, że kobiecie zdarza się „odwiedzić” ich biura.
– To spotkania nerwowe ze względu na agresywne zachowanie tej pani
– słyszymy. Spółdzielni zależało, aby sprawą mieszkanki zajęły się służby. Okazuje się, że temat ewentualnego ubezwłasnowolnienia badała już Prokuratura Okręgowa w Bydgoszczy. Do spółdzielni w kwietniu 2025 roku trafiło pismo od śledczych. Informowali, iż w wyniku przeprowadzenia postępowania wyjaśniającego „nie stwierdzono przesłanek do wystąpienia [...] z wnioskiem o ubezwłasnowolnienie”. Śledczy ocenili, że kobieta prowadzi samodzielnie gospodarstwo, funkcjonuje z pomocą asystencji osobistej, a sąsiedzi nie mają wobec niej uwag. Tu jednak warto zwrócić uwagę na szczegół – opinia nadeszła w okresie (pierwsza połowa zeszłego roku), w którym sytuacja u kobiety była pod kontrolą, po tym jak wcześniej otrzymała specjalistyczne wsparcie w odpowiedniej placówce. Problemy zaczęły wracać w drugiej połowie 2025 roku. Dlatego też prokuratura okręgowa w kwietniu 2025 zaznaczyła, że w przypadku pogorszenia się zachowania, możliwe jest ponowne wystąpienie z wnioskiem o podjęcie działań.
– Mieliśmy na terenie spółdzielni różne sytuacje, zdarzały się podobne. Ale tak drastyczna jest jedyna
– przyznaje zarząd SMLW.
Sprawą zajmuje się aktualnie Sąd Rejonowy w Tucholi. Jego postanowienie na początku lutego tego roku trafiło również do spółdzielni mieszkaniowej, o czym mówi nam SMLW. Wynika z niego, że sąd powołał biegłych – specjalistów z zakresu psychiatrii, którzy mają ocenić, czy zachowanie kobiety kwalifikuje się do przymusowego wsparcia – leczenia bez jej zgody. W takich przypadkach zadaniem biegłych jest nie tylko przeprowadzenie badania, ale nawet samo dostanie się do wskazanej osoby.
Udało nam się porozmawiać z dalszą rodziną kobiety. Jej członkowie tłumaczą, że od długiego czasu szukają rozwiązania, jak zaradzić problemowi. A nim, jak mówią, jest choroba. Przyznają i ubolewają, że nie są w stanie wpłynąć na jej zachowanie rozmową i perswazją.
– Rozumiemy jej sąsiadów. Zdajemy sobie sprawę, w jak trudnej sytuacji aktualnie się znajdują
– słyszymy. Rodzina jest zorientowana, że jedyną opcją, która może uzdrowić sytuację, jest droga poprzez sąd. Dlatego zdecydowała się na złożenie opisywanego wyżej wniosku, w sumie już drugiego. Teraz oczekuje na postanowienie wymiaru sprawiedliwości. Rodzina zapewnia nas, że stara się zrobić jak najwięcej. Jednak z formalnego punktu widzenia i nabytej wiedzy wynika, że to właśnie droga sądowa jest tą jedyną.
W trakcie przygotowania pierwszego artykułu Próbowaliśmy porozmawiać z mieszkanką bloku przy ul. Kościuszki. Było to w tygodniu poprzedzającym święta. Gdy dzwoniliśmy lub pukaliśmy do jej drzwi, nikt nie odpowiadał.
W środę rano ok. godz. 8:00, na kilka godzin przed ukazaniem się artykułu, policja znów pojawiła się przy ul. Kościuszki i próbowała nawiązać kontakt z mieszkanką, by dowiedzieć się, jak się ona czuje. Na miejscu był m.in. dzielnicowy chcący porozmawiać z kobietą. Ta ostatecznie nie otworzyła policji drzwi do mieszkania.
DZIEŃ UKAZANIA SIĘ PIERWSZEGO ARTYKUŁU W TYGODNIKU TUCHOLSKIM - INTERWENCJA WSZYSTKICH SŁUŻB, KARETKA JEDZIE DO ŚWIECIA I...
Wydawało się, że wydarzenia nabrały tempa w czwartek 2 kwietnia – czyli akurat wtedy, gdy w ubiegłym numerze „Tygodnik Tucholski” opublikował obszerny artykuł „Życie w strachu”. Opowiada on o tym, co przechodzą mieszkańcy bloku – z powodu irracjonalnych i agresywnych zachowań swojej sąsiadki. Nie tylko w stosunku do bezpośrednich sąsiadów, ale już nawet ludzi na ulicy. Eskalacja trwa od grudnia i jest narastającą powtórką z przeszłości. Wtedy sprawa zakończyła się pobytem w specjalistycznej placówce.
Dokładnie tydzień temu, ok. godz. 15:30, przed blokiem musiały pojawić się: policja, straż pożarna i karetka z zespołem ratownictwa medycznego. Od oficera prasowego tucholskiej komendy policji wiemy, że do kobiety próbował dotrzeć pracownik socjalny.
– Powiedziała, że źle się czuje. Gdy nie otwierała drzwi, zapadła decyzja o siłowym wejściu do mieszkania
– relacjonuje wydarzenia z 2 kwietnia na ul. Kościuszki w Tucholi rzecznik policji Łukasz Tomaszewski.
Słyszymy, że ZRM podjął decyzję o zabraniu kobiety do szpitala w Świeciu. Wśród mieszkańców rozeszła się ta informacja. Mieli ogromną nadzieję, że sąsiadka trafi pod fachową opiekę.

Sytuacja okazała się zgoła inna. Jeszcze tej samej nocy – z czwartku na piątek – kobieta wróciła do mieszkania przy ul. Kościuszki. Dowiedzieliśmy się, iż szpital w Świeciu zdecydował, że nie wymaga ona hospitalizacji.
– To jest skandal!
– przekazuje nam jedna ze zbulwersowanych mieszkanek ul. Kościuszki, która wcześniej szeroko opowiadała nam o codzienności, w jakiej żyje wraz z sąsiadami. Inni też nie przebierają w słowach, mówiąc, że „system jest chory”. Zdziwienia decyzją lekarza nie ukrywa nawet policja. Zaskakujący ponadto jest fakt, że kobieta samodzielnie wróciła do Tucholi.
– Aż komuś stanie się coś złego
– mieszkańcy powtarzają te słowa jak mantrę.
Kontaktujemy się ze szpitalem w Świeciu i temat przedstawiamy z-cy dyrektora ds. lecznictwa Sławomirowi Biedrzyckiemu. Zastrzega, że nie może z nami rozmawiać o konkretnym przypadku ze względu na tajemnicę medyczną. Mówi, że nie ma sposobu na to, aby dziennikarz uzyskał możliwość rozmowy o danej sytuacji dotyczącej wskazanej osoby. Dyrektor wyjaśnia ogólnie procedury, którymi kieruje się szpital i lekarz w przypadku ewentualnego przyjęcia pacjenta do szpitala wbrew jego woli.
– Regulacje przyjęcia bez zgody do szpitala psychiatrycznego określa Ustawa o ochronie zdrowia psychicznego. Jej art. 23 mówi, że muszą być w takim wypadku spełnione dwie przesłanki. Jedna z nich to choroba psychiczna, a druga to bezpośrednie zagrożenie życia dla siebie lub życia i zdrowia innych osób. Łącznie, w danej sytuacji, muszą być spełnione te dwie rzeczy, aby osoba została przyjęta do szpitala psychiatrycznego wbrew własnej woli
– mówi Sławomir Biedrzycki. Jak słyszymy, lekarz indywidualnie w każdej sytuacji ocenia, czy te obie przesłanki są spełnione jednocześnie. Lekarz zbiera tzw. wywiad obiektywny i w jego trakcie dokonuje oceny.
Podczas dokonywania takiej oceny pod uwagę jest brany fakt, czy dana osoba wcześniej leczyła się psychiatrycznie. Nie jest on jednak decydujący w przypadku samego werdyktu.
– Przykładowo, osoba była 10 lat wcześniej leczona z powodu depresji. Po tym czasie trafia do szpitala psychiatrycznego w trybie przymusowym. Fakt wcześniejszego leczenia nie oznacza, że w tej chwili ma ostry stan chorobowy, który warunkuje to, że powinna być przyjęta wbrew woli do szpitala
– wyjaśnia dyrektor ds. lecznictwa. Lekarz teoretycznie może mieć wiedzę o tym, że w sądzie toczy się sprawa dotycząca przymusowego leczenia danej osoby.
– Ewentualne postanowienie sądowe o przyjęciu do szpitala na przymusowe leczenie jest determinowane przez inne warunki. W tym przypadku nie musi zachodzić przesłanka o bezpośrednim zagrożeniu zdrowia i życia. Jeśli mówimy o osobie chorej przewlekle, która nie leczy się, a jej funkcjonowanie wskazuje, że nieprzyjęcie do szpitala spowoduje znaczne pogorszenie jej zdrowia psychicznego oraz jest niezdolna do samodzielnego zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych, to jest ona w trybie nakazowym skierowana przez sąd do szpitala psychiatrycznego
– tłumaczy Sławomir Biedrzycki.
Przypomnijmy. Ustaliliśmy wcześniej, że według postanowienia Sądu Rejonowego w Tucholi, powołani zostali biegli specjaliści z zakresu psychiatrii, którzy mają ocenić stan zdrowia mieszkanki ul. Kościuszki, co wpłynęłoby na ewentualną decyzję o przymusowym leczeniu. Nie poddają się sąsiedzi. We wtorek, tuż po świętach, do sądu trafiło kolejne pismo – z szeregiem podpisów – w którym zgłaszają obawy o swoje bezpieczeństwo. Proszą o pomoc, podają przykłady zachowań. Boją się, że agresja słowna przerodzi się w rękoczyny.
Jedna z mieszkanek bloku informuje nas, że kobieta użyła wobec niej wulgarnych słów, które wyczerpują definicję gróźb karalnych.
- Gdy wychodziłam [...] wykrzyczała, że trzeba mnie upie**olić
– relacjonuje ostatnie wydarzenia. Oficjalnie zgłosiła to policji.
Z 72-letnią kobietą z Kościuszki w końcu udało nam się porozmawiać, ale było to zaledwie kilka słów przez domofon. Gdy przedstawiliśmy się i poprosiliśmy o rozmowę, kobieta spytała, w jakim temacie. Po krótce wytłumaczyliśmy o co chodzi.
– Z Tygodnikiem żadnym nie rozmawiam, wywiadów nie udzielam [...]
– usłyszeliśmy w odpowiedzi przez głośnik domofonu, nie rozumiejąc ostatniego słowa. Kobieta pożegnała się mówiąc...
– Miłego dnia. Do widzenia
– po czym rozłączyła się. Nie weszliśmy na klatkę, nie zdążyliśmy też powtórnie poprosić mieszkanki o rozmowę.
Temat będziemy kontynuować.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu tygodnik.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz