Mroczne legendy powiatu tucholskiego - CAŁY ARTYKUŁ

17:38, 31.10.2017 | E.D.
REKLAMA
Skomentuj
Fotolia

 

Co może kryć się w leśnej gęstwinie? Zgodnie z legendami Borów Tucholskich w różnych zakątkach naszego powiatu można trafić na zjawy, duchy i diabły. Zbliża się Halloween. Pora na kolejną porcję strasznych historii przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Nigdy nie wiadomo, kogo lub co spotkamy podczas leśnego spaceru…

Halloween może być nie tylko okazją do przebieranek, czy zbierania słodyczy. Może to być czas poznawania legend Borów Tucholskich, które niejednego mogą przyprawić o gęsią skórkę. W ubiegłym roku w „Tygodniku Tucholskim” ukazały się: "Legenda o panu na Łyskowie i jego psie", "Legenda o jeziorze w Kęsowie", "Skrzyżowanie sześciu dróg i siedmiu diabłów", "Karczyniec w czarnym cylindrze", pogłoski o nieczystych siłach w Wądołach oraz historia czarownic z Heksenbergów. Jedna z borowiackich legend głosi, że podczas leśnych spacerów można spotkać Borową Ciotkę – opiekuńczego ducha chroniącego las przed nieszanującymi go wędrowcami. Bory kryją w sobie jednak wiele innych przerażających, legendarnych istot...

Przeklęta huta żelaza niedaleko Zielonki

Legendę „Zielonka-duchy ojca i jego dwóch córek” spisała Anna Koprowska-Głowacka: „Pomiędzy Zielonką a Lnianem znajduje się rzeka Ryszka (…) Tam właśnie, pośród gęstego lasu znajdowała się niegdyś niewielka huta żelaza – obecnie miejsce przeklęte, nawiedzane przez trzy smętne duchy” - pisze. Właściciel huty miał dwie córki, które pomagały mu prowadzić gospodarstwo. Unikali ludzi. Chytry ojciec oprócz żelaza wytapiał także srebro i nie chciał, aby ktokolwiek się o tym dowiedział. Nawet córkom nie zdradził swojej tajemnicy. Gromadził bogactwo, ciesząc się nim samolubnie. Pewnego dnia pod nieobecność ojca do huty przybyli kupcy. Dziewczęta nieświadome wartości metalu, zapytały, jaki rodzaj żelaza mężczyźni chcą nabyć: białe czy czarne. Przebiegli przybysze kupili całe srebro za bezcen. Ojciec dowiedziawszy się o tym, uciął córkom języki. Szybko tego pożałował. Wyrzuty sumienia popchnęły go do straszliwego czynu: otruł dziewczęta i siebie. Jak pisze autorka, nikt nie wie, co stało się z kuźnią, ale duchy nieszczęśliwej rodziny pozostały tam do dziś. „Może ich spotkać każdy, kto nocną porą zabłąka się w tę okolicę. Mawia się jednak, że to miejsce przeklęte i niejeden zbłąkany wędrowiec przepadł tam bez wieści” – ostrzega Anna Koprowska-Głowacka.

Dusze idące do kościoła w Pruszczu

8 stycznia 1931 r. w "Gońcu Wielkopolskim" ukazał się artykuł "Nasze gawędy kraińskie i pałuckie". Wśród opowieści znalazła się legenda związana z kościołem w Pruszczu. "W Mąkowarsku żył pewien wdowiec imieniem Zada", który bardzo kochał swoją zmarłą żonę. Dowiedział się, że w Zaduszki dusze zmarłych podążają do kościołów, w których przyjmowały chrzest święty, by wspólnie się modlić. Mężczyzna postanowił, że odzyska żonę. Położył się pod progiem kościoła w Pruszczu - tym, w którym jego żona przyjęła chrzest. Czekał. Z zadumy wyrwał go tajemniczy szmer... Jak się okazało, dźwięk wydawały dusze podążające do kościoła. Wśród nich była jego żona. Kulała jak za życia, więc Zada łatwo ją rozpoznał. Chwycił kobietę i chciał zabrać do domu. Dusze straciły pokojowe nastawienie i przeszkodziły mu. Przerażony mężczyzna już nigdy nie podjął próby odzyskania ukochanej.

Kamienica. Legenda o zarządcy i jego konszachtach z diabłem

Legendę tę przytacza Marek Sass w "Dziejach Gostycyna i okolicy". Zimą, krótko po pierwszej wojnie światowej mieszkańcy Gostycyna spotkali postać wprost z czeluści piekielnych. W majątku w Kamienicy dorabiali biedni mieszkańcy Gostycyna. Ścinali drzewa w lesie. Zima dawała się im we znaki, bo była wyjątkowo mroźna. Mężczyźni uznali, że właściciel nie zauważy, jeśli ukradną trochę drewna, by się ogrzać w swoich domach. Wybrali drzewo, po które wrócą w nocy. Noc była jasna, a blask księżyca oświetlał im drogę, dzięki czemu szybko trafili na miejsce. Ścięli drzewo i zadowoleni przyszli nazajutrz do pracy. Zachęceni sukcesem, postanowili wybrać się do Kamienicy również kolejnej nocy. Za dnia zaznaczyli trzy drzewa, które zamierzali ściąć. Około północy pięciu mężczyzn przeszło po skutej lodem Kamionce. Ścięli pierwsze drzewo, potem drugie. Ze trzecim nie mogli sobie jednak poradzić. Zaczęli nim potrząsać na wszystkie strony, by się przewróciło. Zniechęceni, odeszli od drzewa i zauważyli, że... zaczęło samo drżeć. Z przerażeniem spojrzeli w górę i zobaczyli ubranego na czarno mężczyznę wiszącego w powietrzu. To on poruszał drzewem. Mężczyźni porzucili swoje łupy i uciekli do domów. Na drugi dzień zarządca wiedział już o nocnym zajściu. Ukarał ich grzywną i zażądał zwrotu skradzionego drzewa. Mężczyźni dziwili się, że zarządca wie o tym, co ich spotkało. Doszli do wniosku, ze zjawa nie była przywidzeniem, lecz to ona poinformowała o wszystkim zarządcę. Przerażeni mieszkańcy Gostycyna zapłacili grzywnę i oddali to, co ukradli.

Duch Borów Tucholskich

Jak pisze Roman Apolinary-Regliński, „od dawna wiadomo, że mieszkańcom borów często o północy ukazuje się psotny duch. Siedzi on w dwukółce ciągnionej przez dwa kare konie z ognistymi oczami. Duch otulony jest w biały habit i przypomina zgarbionego zakonnika”. Podobno przemieszcza się ze straszliwym hałasem, jakby jechał bardzo szybko po nierównym bruku. Czasami słychać też szczęk łańcuchów. Właśnie te odgłosy usłyszał gospodarz wracający z Tucholi do swojej wioski. Gdy przejeżdżał przez mroczny, gęsty bór, jego koń nagle zatrzymał się. W żaden sposób nie udało się go nakłonić do dalszej jazdy. Zwierzę stało przerażone i głośno dyszało. Gospodarz usłyszał hałas i obejrzał się za siebie. Dostrzegł, że dogania go zjawa, o której opowiadali ludzie. Minęła jednak przerażonego rolnika. Mimo to jego koń nadal nie chciał ruszyć z miejsca. Gdy nie pomogły krzyki i namowy, mężczyzna dosiadł konia i z przerażeniem dostrzegł, że kilka metrów przed nimi stoi wóz. Konie wiozące złego ducha wpatrywały się w niego ognistymi oczyma. Gospodarz nakreślił w powietrzu znak krzyża, czym wypłoszył diabelski orszak. Koń posłusznie ruszył do domu, jednak nigdy więcej nie pozwolił się wyprowadzić ze stajni, gdy zapadł zmrok.

 

Bibliografia:

 

Anna Koprowska-Głowacka, Duchy, zjawy i ukryte skarby, Gdynia 2011.

„Goniec Wielkopolski” – artykuł udostępniony przez Marka Sassa.

M. Sass, Dzieje Gostycyna i okolicy. Dziedzictwo duchowo - religijne, Bydgoszcz 2003.

Roman Apolinary Regliński, Legendy Borów Tucholskich, Gdynia 2001.

Dołączona fotografia - zdjęcie ilustracyjne, kościoła św. Jerzego w Lukovej, Czechy

(E.D.)
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (1)

alland_nalland_n

1 0

Kiedyś - dosyć dawno temu, około 1990 roku słyszałem legendę (?) o farmazynie przechadzającym się w Piszczku. Był to wysoki mężczyzna w kapeluszu z szerokim rondem - a raczej zarys takiej postaci - z żarzącym się cygarem. Podobno był widywany przez wędkarzy. Czy autor artykułu wie coś na ten temat? Zapomniałem - wędkarze w dzień sprawdzali drogę i nie było na niej żadnych śladów... 23:20, 31.10.2017

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

© tygodnik.pl | Prawa zastrzeżone | 2017