Zamknij

Najtrudniej patrzeć na cierpienie dziecka

18:14, 30.10.2018 | E.D
REKLAMA
Skomentuj

- Najwyraźniej pamiętam właśnie zgony dzieci. Te momenty, w których faktycznie nic nie dało się zrobić. Kiedy nie można było pomóc. Bezsilność, to chyba najbardziej frustrujące uczucie dla ratownika - mówi Anita Tylec-Kurlandt, ratownik medyczny. 13 października przypadał Dzień Ratownictwa Medycznego. Czy tylko tego dnia ratownicy słyszą słowo „dziękuję”?

Zachęcamy do lektury wywiadu z Anitą Tylec-Kurlandt, ratownikiem medycznym Szpitala Tucholskiego, zamieszczonego w najnowszym wydaniu "Tygodnika Tucholskiego". Co jest w tej pracy najtrudniejsze? Jakie sytuacje najbardziej zapadają w pamięć? O chwilach trudnych, ale i dających satysfakcję, opowiedziała nam nasza rozmówczyni. Poniżej zamieszczamy fragment artykułu. W całości jest dostępny w wersji papierowej oraz na e-prasa.pl.

 

Elżbieta Doniecka: To praca, czy powołanie? Jakie cechy powinien mieć ratownik?

Anita Tylec-Kurlandt, ratownik medyczny Szpitala Tucholskiego: - Chciałabym powiedzieć, że to praca jak każda inna, ale chyba jednak nie... Na ogół znajomi mówią: „Boże, jak ty możesz to robić?”. Sądzę, że jest to jednak kwestia jakichś predyspozycji, a być może nawet powołania. Ten zawód wymaga logicznego myślenia, podejmowania szybkich decyzji, umiejętności pracy pod presją i radzenia sobie ze stresem.

(...)

Czy zdarzyło się Pani poczuć strach, jadąc do poważnego wypadku?

- Wydaje mi się, że tylko głupiec się nie boi, jednak ja nie mogę się bać. Nie wiem, jak nazwać to uczucie. Strachem? Adrenaliną? Raczej nie. Człowiek czuje taką... pozytywną mobilizację. Muszę polegać na swojej wiedzy i doświadczeniu. Z pewnością odczuwam niepokój, kiedy wezwanie dotyczy dziecka. Najwyraźniej pamiętam właśnie zgony dzieci. Te momenty, w których faktycznie nic nie dało się zrobić. Kiedy nie można było pomóc. Bezsilność, to chyba najbardziej frustrujące uczucie dla ratownika. Trzeba to potem w sobie jakoś zdusić, przepracować. W tej pracy nie ma momentu na słabość. Pamiętam dzieci z nagłym zatrzymaniem krążenia, maleństwa po wypadkach komunikacyjnych, którym nie dało się pomóc lub obrażenia były bardzo poważne. Nawet jeśli udało nam się ustabilizować stan na miejscu zdarzenia, a rokowania były złe, to długo zostaje w pamięci. Wtedy siadamy w zespole, by to” przegadać”. Każdy opowie o swoich odczuciach, potupie nogami, czasami zaklnie. Nie będę tego ukrywać. To budzi w nas emocje. Potem trzeba się otrząsnąć i iść dalej.

Cały wywiad można znaleźć w najnowszym numerze "Tygodnika Tucholskiego". W sklepach już w środę, 31 października.

REKLAMA

Komentarze (0)

Brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

© tygodnik.pl | Prawa zastrzeżone