REKLAMA

Obleciał śmigłowcem świat, wylądował w Bysławku! - TEKST I ZDJĘCIA

20:19, 21.09.2017 | Jarosław Kania, fot. Iwona Biesek, Jarosław Kania
REKLAMA
Skomentuj

Mistrz świata w lataniu śmigłowcowym z Dubaju, pierwszy Polak, który obleciał świat helikopterem. Takiego gościa podejmował Bysławek, a „Tygodnik” miał szansę przeprowadzić fascynującą rozmowę. - W Rosji głównym problemem były płatności, zwłaszcza za paliwo. Okazało się, iż nie można płacić kartą, gotówką - w grę wchodziły tylko wcześniejsze przelewy. Daliśmy radę - opowiada o podróży dookoła świata Marcin Szamborski.

Niedawne przedpołudnie w Bysławku było wyjątkowe - mieszkańcom wsi dał się słyszeć warkot nisko przelatującego śmigłowca, który zatoczył krąg i usiadł w pobliżu świetlicy wiejskiej i remizy. Zaraz wokół zakręcili się mieszkańcy i szczególnie dzieci, bo takiego przybysza jeszcze dotąd nie widziano. Co prawda w pobliżu Bysławia jest lądowisko dla śmigłowców, ale Robinson R66 w środku wsi to sytuacja wyjątkowa. I rzecz jasna - nie było to lądowanie awaryjne, a zaplanowany lot w celu spotkania przyjaciela z przyjacielem. Za sterami siedział człowiek znany w lotniczym światku - nie tylko polskim. Marcin Szamborski to nie tylko pilot helikoptera, który zdobył srebrny medal podczas Światowych Igrzysk Lotniczych w Dubaju w 2015 roku. To także człowiek, który jako pierwszy Polak obleciał śmigłowcem świat. Tą relacją chętnie podzielił się z „Tygodnikiem”. 

Dlaczego Bysławek? 

Cel przylotu jest jasny i był z góry określony. Tak się składa, że w Bysławku mieszka od wielu lat Roman Kaźmierczak - generał Państwowej Staży Pożarnej. Szanowany mieszkaniec Bysławka wziął pd opiekę starą remizę i tam mieszka niezmiennie do dzisiaj. Właśnie ów człowiek od kilkudziesięciu lat jest przyjacielem ojca Marcina Szamborskiego. Chcieli się spotkać już w lipcu, niestety pogoda była wybitnie niesprzyjająca. Co ma wisieć, nie utonie - pod koniec sierpnia przyszedł czas, gdy droga powietrzna umożliwiła spotkanie starych kompanów. Jak przyznaje wicemistrz świata, jego lot w Bory jest dziewiczy.

 - Wcześniej zdarzyło mi się w lotniczych podróżach przelatywać nad tymi terenami - zawsze ładnymi z lotu ptaka, ale lądowanie dzisiaj to pierwszy raz. Cieszę się, że mogłem tacie sprawić przyjemność, zapewniając mu to spotkanie. Gdy on jest szczęśliwy, przebywając jakiś czas z przyjacielem sprzed wielu lat, wypada tylko się cieszyć - opowiada pilot. 

Dookoła świata - 59 dni, 38 tysięcy km

Marcin Szamborski to instruktor lotniczy działający z firmie Salt Aviation. Przez dziesięć lat skakał na spadochronie na warszawskim lotnisku Babice, później założył biznes - usługi lotnicze. Świadczy je do dziś, dysponując helikopterami. Jest instruktorem z pełnymi uprawnieniami, szkoli młodych ludzi do latania. Jak twierdzi - kocha to, co robi. 

- Pomysł oblotu dookoła świata zrodził mi się w głowie dużo wcześniej, niż przystąpiliśmy do realizacji planu. Nie wydawał się on wielce szalony, bo dziś samoloty rejsowe, pasażerskie potrafią bić rekordy. Czym innym jest helikopter. W podróż zabrałem serdecznego kolegę - Rosjanina Maksima Sotnikowa. Ponadto leciała też jego żona Natalia. Od Londynu po Alaskę towarzyszył nam też Michaił Mowszin - mówi Marcin Szamborski.

Co ciekawe, wspomniany wcześniej Maksim Sotnikow to mistrz świata z Zielonej Góry, gdzie na lotnisku aeroklubowym rozgrywane były Śmigłowcowe Mistrzostwa Świata - też w 2015 roku. 

 - Oblot kuli ziemskiej trwał 58 dni. Przebyliśmy łącznie ponad 39 tysięcy kilometrów. Zaczęliśmy 18 kwietnia. Oczywiście cała trasa była zaplanowana i przeanalizowana wcześniej. Byliśmy siedemnastą załogą, która helikopterem obleciała glob - kontynuuje opowieść reprezentant narodowej kadry śmigłowcowej. 

Mistrz podkreśla, że celem załogi nie było bicie jakichkolwiek rekordów. Jeśli taki padł, potrzeba będzie po prostu poczekać na oficjalne jego potwierdzenie. Śmigłowiec Bell 407 był specjalnie dostosowany do tak wyjątkowej i długiej trasy. Dodatkowe zbiorniki paliwa pozwoliły na zasięg do 1000 kilometrów bez konieczności tankowania. W praktyce przekładało się to na ponad pięć godzin lotu. 

Przez Alaskę, Syberię, Ural...

Polski pilot obawiał się, jak dawał znać w mediach, lotu nad Rosją i USA. Przyczyny były zwłaszcza prawne. Okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. 

 - W Rosji głównym problemem były płatności, zwłaszcza za paliwo. Okazało się, iż nie można płacić kartą, gotówką - w grę wchodziły tylko wcześniejsze przelewy. Daliśmy radę. Dużo stresu było przed Półwyspem Czukockim. Dwa tygodnie wcześniej właśnie uświadomiliśmy sobie takie warunki. Wyjścia nie było - wyznaje Marcin Szamborski. 

Również w Stanach Zjednoczonych, które mają niezwykle restrykcyjne prawo lotnicze, udało się lecieć bez większych problemów. Jeśli chodzi o lotnictwo ogólne, tzw. general aviation, zakaz lotów w tym kraju dotyczy państw z zakresu politycznych sprzeczności z USA - dotyczy to m.in. Syrii czy Iranu. Polacy byli nie stamtąd, zatem wystarczył dokładny plan lotu i jego wysłanie w odpowiednim czasie, by po prostu pokonywać przestrzeń. 

Nie bez znaczenia była też pora startu do oblotu świata. W kwietniu nie było w Rosji odpowiedniej aury, zatem wyruszono śmigłowcem na zachód. W czerwcu zaczął się sezon sportowy, więc optymalny do długich lotów z teoretycznie dobrą pogodą. Łącznie przez całą trasę wokół świata piloci czekali aż dwanaście dni, np. dwie doby w Szkocji, tyle samo na Grenlandii. Trasa wiodła przez: Europę Zachodnią, Wielką Brytanię, Islandię, Grenlandię, wschodnie wybrzeże Kanady, południe USA, jego zachodnie wybrzeże, Alaskę, Cieśninę Beringa, Syberię, Ural. Start nastąpił z lotniska Warszawa - Modlin.  

Robię, co kocham

 - Niektórym być może taki lot wydaje się czymś nieosiągalnym, niemożliwym, wręcz szalonym. Ale życie po to trwa, byśmy wciąż byli w jakoś sposób poza nim i przed nim - przed czym, co nam może zagrozić, co może zaszkodzić. Robię, co kocham, co lubię, z czym jest mi dobrze z dnia na dzień. Zakładam, że jeszcze kiedyś wrócę w Bory, bo tu pozostanie przyjaciel mojego ojca, zatem jest dokąd przylecieć. 

Marcin Szamborski ma plany na najbliższą przyszłość. W kwietniu przyszłego roku chce lecieć śmigłowcem do Maroko, później na Spitsbergen. Pobyt w Bysławku zakończyły loty widokowe dla miejscowych samorządowców i nie tylko. Ten gest na pewno wpisał się na stałe w pamięć mieszkańców wsi.

(Jarosław Kania, fot. Iwona Biesek, Jarosław Kania)
REKLAMA

Komentarze (0)

Brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

© tygodnik.pl | Prawa zastrzeżone | 2017